■■ Amerykański „ciamajdan” ■

Posted in ■ aktualności, ■ odkłamujemy HISTORIĘ, ■ różne by Maciejewski Kazimierz on 25 lutego 2017

Donald Trump idzie jak burza! Elity zdruzgotane, bo rozpoczyna się właśnie globalna rozmowa na serio!

20 stycznia odbyło się uroczyste zaprzysiężenie Donalda Trumpa na 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych – oczywiście przy wtórze „spontanicznych” demonstracji, których uczestnicy (wg doniesień Stanisława Michalkiewicza) rekrutowani byli przez ludzi George’a Sorosa za drobną odpłatnością w wysokości 18 dolarów za godzinę. Ten mechanizm to nic nowego – swojego czasu taka „agencja manifestantów” do wynajęcia funkcjonowała również na Ukrainie i to na długo przed Majdanem, którego zaplecze finansowe to resztą osobna historia (i też z Sorosem w tle). Podobnie w Niemczech, gdzie w 2007 r. powstała firma pośrednicząca w „wypożyczaniu” demonstrantów. Tam z kolei ceny wahały się od 90 do 140 euro za sześć godzin, względnie 10 euro za godzinę. Nic więc dziwnego, że i w Stanach sięgnięto po tego typu rozwiązania, tym bardziej, że Soros, po tym jak nie udało mu się przekupić elektorów i wtopił miliard dolarów na giełdzie, grając na spadki, poczuł się dotknięty do żywego i nie ustanie w atakach na nowego prezydenta. Jak to mawiają: now, it’s personal.

Cóż, skoro – jak twierdzi liberalny establishment – dotychczasowy porządek świata trzeszczy pod naporem „wzbierającej fali populizmu”, to odpowiedzią będą kolejne „ciamajdany”, organizowane wedle tego samego schematu wszędzie tam, gdzie lewactwo poczuje się zagrożone w swoim stanie posiadania. Wynika to wprost ze specyficznego rozumienia demokracji. Otóż we współczesnej optyce zachodnich elit „demokracja” oznacza rządy liberalnej mniejszości nad nieliberalną większością. Do pewnego momentu się to nawet sprawdzało – dopóki owa większość żyła sobie w miarę przyjemnie i stabilnie, pozwalała sobą kierować, znosząc milcząco różne ideologiczne szaleństwa. Gdy jednak na skutek rozlicznych globalnych zawirowań milcząca większość przebudziła się i postanowiła rządzić się sama, odrzucając dotychczasowe przywództwo, wówczas liberalna mniejszość podniosła wrzask o „zagrożeniu demokracji”. I fakt, dotychczasowa „demokracja”, będąca w swej istocie przykrywką dla liberalno-plutokratycznej oligarchii, właśnie trzęsie się w posadach. Nie wiadomo jeszcze do końca, co wyłoni się z obecnych konwulsji, ale jedno jest raczej pewne – tak jak było, już nie będzie.

Porządki po Obamie

Potwierdzają to posunięcia Donalda Trumpa po objęciu urzędu. Już samo zwycięstwo w wyborach napełniło beneficjentów dotychczasowego status quo grozą – szczególnie w Europie. Potem, w miarę zbliżania się inauguracji i kolejnych wypowiedzi medialnych Trumpa oraz ludzi z jego otoczenia napięcie rosło; po pierwszym oficjalnym przemówieniu, w którym Trump potwierdził główne kierunki ze swej kampanii, ciśnienie histerii zaczęło rozsadzać głowy; teraz natomiast, gdy mamy już za sobą kolejne prezydenckie dekrety, nastąpiła prawdziwa eksplozja lewackiego amoku.

Powód? Trump w ekspresowym tempie przystąpił do realizacji swojego programu wyborczego. Pierwsze, co zrobił, to podpisał dekret o wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z transpacyficznej umowy o wolnym handlu (TPP). Było mu tym łatwiej, że traktatu nie zdążył jeszcze ratyfikować Senat, a decyzja prezydenta oznacza definitywne posłanie go do kosza. Tego typu umowy mają to do siebie, że tracą na nich wszystkie zaangażowane w nie kraje, zaś jedynym wygranym są wielkie korporacje „optymalizujące” koszty i zyskujące, dzięki mechanizmowi międzynarodowego arbitrażu (ISDS), w praktyce wyjęcie spod miejscowej jurysdykcji. Państwom pozostają natomiast skutki społeczne i ekonomiczne: likwidacja części miejsc pracy i pogorszenie jakości warunków zatrudnienia w przypadku pozostałych, dewastacja całych gałęzi gospodarki (np. meksykańskie rolnictwo po przystąpieniu do NAFTA, amerykański przemysł samochodowy), obniżenie wpływów podatkowych, degradacja środowiska naturalnego – długo by wymieniać. Trump zapowiedział także renegocjację traktatu NAFTA (Północnoamerykańskie Porozumienie o Wolnym Handlu), łączącego USA, Kanadę i Meksyk. Mamy więc antyglobalistyczną rewolucję.

Kolejna sprawa to dekret o budowie muru na granicy z Meksykiem. Niekontrolowany napływ imigrantów to nie tylko kwestia zagrożenia dla amerykańskiego rynku pracy, lecz również zaburzenie dotychczasowej tkanki społecznej – gra więc tu rolę czynnik tożsamościowy, podkreślany przez Trumpa w trakcie kampanii. Inna sprawa, że masowa migracja z południa jest pośrednim efektem wspomnianego wyżej „rozjechania” meksykańskiego rolnictwa przez amerykańskie koncerny rolno-spożywcze po wejściu w życie NAFTA – teraz trzeba to wszystko odwracać, i to przy użyciu radykalnych środków. „Refundacja” kosztów budowy ma nastąpić wskutek wprowadzenia 20-procentowego cła na towary importowane z Meksyku. Biorąc pod uwagę, że znaczna część importu pochodzi z przygranicznych specjalnych stref, w których ulokowane są zakłady międzynarodowych koncernów (tzw. maquiladora industries) oznacza to w praktyce zawieszenie NAFTA na południowym odcinku. Dodatkowym elementem antyimigracyjnej kampanii jest wstrzymanie federalnych dotacji dla miast i stanów tolerujących nielegalnych przybyszów.

No i wreszcie dekret o wstrzymaniu na cztery miesiące przyjmowania „uchodźców” (w przypadku Syrii – bezterminowo), a także wprowadzający 90-dniowy „szlaban” na wpuszczanie do USA obywateli Iranu, Iraku, Libii, Somalii, Sudanu, Syrii i Jemenu – również tych z wizami i „zielonymi kartami”. Tu już tzw. światowa opinia zawyła ze zgrozy. Nic dziwnego – to uderzenie w politpoprawny dogmat i sorosowską wizję multikulturalizmu, rozsadzającego od wewnątrz państwa narodowe. W tym przypadku Trumpa czeka też rozprawa ze zdominowanym przez liberalne lobby wymiarem sprawiedliwości i częścią własnej administracji. Jednak prezydent również i tutaj nie ma wahań – błyskawicznie usunął prokurator generalną Sally Yates, po tym jak skrytykowała dekret i zaprzysiągł na jej miejsce Dana Boente, który wycofał instrukcje swej poprzedniczki zakazujące prawnikom Departamentu Sprawiedliwości bronienia przed sądami prezydenckiego dekretu. Dodać należy, że nowe przepisy mają charakter jedynie przejściowy i mają dać nowej administracji czas na wprowadzenie nowych procedur, mających realnie zagwarantować bezpieczeństwo USA.

Do powyższego dodajmy jeszcze symboliczny gest, jakim jest wycofanie się z rządowego wsparcia finansowego dla proaborcyjnych organizacji międzynarodowych oraz udział wiceprezydenta Mike’a Pence’a w dorocznym waszyngtońskim Marszu dla Życia, podczas którego zapowiedział prace nad wstrzymaniem finansowania aborcji z pieniędzy podatników. Wszystko to razem wzięte oznacza jedno: Trump rozpoczął intensywne porządki po Obamie.

Alterprawicowa rewolucja

Nie jest tajemnicą, że kolejne kroki, przypominające wręcz legislacyjne i polityczne tornado są przede wszystkim zasługą stojącej za Trumpem tzw. alt-prawicy (alternative right). Ten niesformalizowany ruch społeczny łączy w sobie silne akcenty tożsamościowe spod znaku tradycyjnych amerykańskich wartości, sprzeciw wobec multikulturalizmu, globalizacji gospodarczej, politycznego establishmentu, nade wszystko zaś – jakiejkolwiek politycznej poprawności. Warto dodać, że altprawicy jest również nie po drodze z dotychczasowymi republikańskimi elitami, zbyt ugodowymi i miękkimi wobec lewactwa. Toteż większość projektów rodzi się nie w urzędniczych gabinetach, lecz w mniej formalnym gronie doradców, których ze strony altprawicowej reprezentują przy Trumpie m.in. Steve Bannon (szef kampanii i były redaktor naczelny portalu Breitbart) oraz Stephen Miller.

Dla światowych liberalnych elit, które jeszcze do niedawna łudziły się, że kampanijne zapowiedzi Trumpa powędrują do kosza zaraz po inauguracji prezydentury, taka determinacja jest prawdziwym szokiem. Przyznam, że sam przypuszczałem, iż najbardziej radykalne postulaty nie doczekają się realizacji wskutek naturalnego „oporu materii”. Okazało się jednak, że Trump nie żartował. Na naszych oczach rozpoczyna się właśnie globalna rozmowa na serio.

Piotr Lewandowski • polskaniepodlegla.pl
fot. youtube

Reklamy

Możliwość komentowania ■■ Amerykański „ciamajdan” ■ została wyłączona