■■ Tresura „na Wałęsę”! ■■

Posted in ■ aktualności, ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ by Maciejewski Kazimierz on 6 marca 2017

Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość. Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość – pisał w słynnej książce Rok 1984 George Orwell. Bardziej dosadnie tę zasadę sformułowali Sowieci (a obecnie Rosjanie), tłumacząc, że historia to nic innego jak polityka robiona wstecz.

Przypadek związków Lecha Wałęsy z peerelowską bezpieką miał być w Polsce przyczynkiem do napisania historii na nowo. Sądy powszechne próbowały zamykać usta historykom, dziennikarzom i badaczom, uznając sprawę niewinności Wałęsy za dogmat, którego nie można podważać. Gra o Wałęsę była obliczona na prosty scenariusz. Jeżeli uda się zmusić ludzi do milczenia w wypadku tak oczywistym i tak dobrze udokumentowanym jak sprawa Wałęsy, to można będzie wszystko. Był to rodzaj tresury medialno-politycznej. Konsekwencje w tej sprawie były realne i dotkliwe. A głoszący prawdę Krzysztof Wyszkowski podlegał sądowym represjom i karom finansowym łącznie z próbami wykupywania na jego koszt kłamliwych przeprosin w mediach. Przekaz miał być jasny: jeżeli sądy powiedzą, że czarne jest białe, to tak ma być i basta. A tych, co będą podskakiwać, zrujnujemy finansowo.

Podstawy kłamstwa

Za podstawę służył kontrowersyjny wyrok sądu lustracyjnego z 2000 r. Aby go uzyskać, posunięto się do stwierdzenia, że oficer, dokonujący rejestracji agenta „Bolka”, zmarł, więc nie można go przesłuchać. Kłamstwo wyszło na jaw dopiero kilka lat później. Następnie zrobiono wszystko, aby Wałęsa uzyskał z Instytutu Pamięci Narodowej status pokrzywdzonego, który należał się osobom rozpracowywanym przez bezpiekę, ale nie działającym na jej rzecz. Mimo ogromnych nacisków na pracowników IPN-u, Wałęsa długo takiego statusu nie mógł uzyskać. Udało mu się to dopiero po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 26 października 2005 r., w którym zobowiązano IPN do przyznania statusu pokrzywdzonego każdej osobie, wcześniej oczyszczonej przez sąd lustracyjny.

A przecież gdyby posługiwać się elementarnymi zasadami badawczymi, to współpraca Wałęsy z SB nie budziła wątpliwości. Oprócz bowiem wybrakowanej dokumentacji mieliśmy udowodnioną ponad wszelką wątpliwość działalność Wałęsy jako prezydenta RP, który niszczył dokumenty na swój temat. Wykorzystywał do tego usłużne wobec niego służby specjalne. Byli (i są) przecież świadkowie. Zresztą przeanalizowanie publicznych wypowiedzi Wałęsy na temat zarzutów agenturalności daje dowód na to, jak bardzo się miotał. Był moment, w którym na świadków swojej czystości wzywał generałów Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka. Budzi to ogromny niesmak. O ile bowiem historia Wałęsy, który najpierw dał się komunistom złamać, ale podniósł się i ich ograł, byłaby budująca, o tyle fakt, że ikona Solidarności przywoływała peerelowskich zbrodniarzy na wiarygodnych świadków, pokazał, iż cała sprawa ma drugie dno.

Listy autorytetów

Upadek komunizmu bardziej zaskoczył ówczesną opozycję niż peerelowskie elity. Te doskonale zdawały sobie sprawę, że system musi się zmienić. Istnienie szwadronów śmierci, które mordowały w latach 80. opozycjonistów, zwolenników twardego kursu wobec komunistów w Polsce, pokazuje, w jaki sposób dobierano tych, z którymi władza będzie rozmawiać. Chodziło o stworzenie bardziej efektywnego systemu zarządzania państwem, przy jednoczesnym zachowaniu uprzywilejowanej pozycji przez dotychczasowe elity. Bastionem tych elit miał być właśnie wymiar sprawiedliwości. Stąd kompletny brak weryfikacji kadr w sądownictwie. Do dziś w Polsce orzekają sędziowie, którzy skazywali ludzi nawet wbrew ówczesnemu prawu PRL-u, tylko na podstawie oczekiwań władz. Brak rozliczeń sprawił, że swoje zasady, a raczej ich brak przekazali następnym pokoleniom sędziów. W Polsce wciąż zapadają absurdalne wyroki w oparciu o kryteria towarzyskie i salonowe. Słynnym przykładem był wyrok sprzed ponad dekady w sprawie Jacek Żakowski kontra tygodnik „Wprost” (ten stary, przekorny, kierowany przez Marka Króla), gdzie sędzia skrytykowała dziennikarzy za mieszanie z błotem autorytetów. – Na sądach ciąży obowiązek sporządzenia imiennej listy autorytetów. Byśmy wiedzieli, czego i kogo się trzymać – kpił wówczas słynny felietonista i satyryk Maciej Rybiński.

Bowiem, jak to w życiu bywa, ktoś potraktował jego kpinę jako wskazówkę i po szaleństwie wolności słowa z lat 2003–2007 postanowiono wziąć pismaków „za twarz” i pokazać im, że pisanie prawdy kosztuje.

Przypadek Wałęsy nadawał się do tego doskonale. Częściowo nawet to się udało. Położyła temu kres głośna książka Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii, wydana w 2008 r., autorów której czołgano po rozmaitych prokuraturach, przesłuchując, aby przesłuchiwać (skądinąd stare metody dobrze służą w nowych czasach). Chociaż książka była napisana jako praca naukowa, bardzo mało zrozumiała dla zwykłych ludzi, to stała się bestsellerem.

Przypadek Wałęsy, chociaż najbardziej znany, nie jest jedyny. Swoich krytyków tresował sądowo Adam Michnik, pozywając praktycznie za każdą ostrzejszą, wymierzoną w niego recenzję. Mając bardzo duże szanse na uzyskanie przychylności w sądach i w zasadzie nieograniczone zasoby (gdyż koszty ponosił koncern Agora), można było spokojnie tresować tych, którzy chcieli krytykować elity III RP.

Dlaczego to się nie udało? Otóż jest taka teoria wpływu społecznego, nazwana zasadą wahadła, zgodnie z którą im mocniej ktoś przegina w jedną stronę, tym później podobne wychylenie następuje w drugą. Obrona fałszywej czystości Wałęsy w społecznym odbiorze praktycznie zabiła jego prawdziwe zasługi w demontażu systemu komunistycznego. Wałęsa jako robotnik ze swoim sprytem cwaniaka nie był tylko posłuszną marionetką w rękach polityków. Pozostaje mieć nadzieję, że historycy kiedyś odkryją, czego bał się Wałęsa, że gotów był brać zaświadczenia o cnocie od peerelowskich zbrodniarzy w typie Kiszczaka i Jaruzelskiego. Właśnie ten strach Wałęsy jest dziś największą tajemnicą.

Dużą rolę odegrał też internet, którego siła oddziaływania jest zwyczajnie niedoceniana przez inżynierów społecznych z końca XX w. Dziś zjadliwy obrazek satyryczny (podpis pod zdjęciem Wałęsy: myślałeś, że elektryk, a to zwykły kabel) ma większą siłę oddziaływania niż skomplikowane teksty „ludzi rozumnych”. Przypadek Wałęsy powinien być przestrogą dla wszystkich, którzy będą chcieli pisać historię wbrew faktom, wcześniej czy później prawda wybije, i to z dużo większą siłą.

Jan Piński • warszawskagazeta.pl
fot. youtube

Advertisements

Możliwość komentowania ■■ Tresura „na Wałęsę”! ■■ została wyłączona