■■ Porażka rządu w batalii o Tuska w Brukseli. Ale PiS jest samo sobie winne ■

Posted in ■ aktualności, ■ odkłamujemy HISTORIĘ, ■ różne by Maciejewski Kazimierz on 12 marca 2017

Polski rząd poniósł w Brukseli najbardziej spektakularną klęskę od wygranych przez PiS wyborów. Postawienie wszystkiego na jedną kartę bez poparcia kogokolwiek, jest znacznie bardziej groźne dla partii rządzącej, niż marsze KOD-u, czarne protesty i awantura o Trybunał Konstytucyjny razem wzięte.

PiS popełnił w ostatnich tygodniach wiele błędów, ale to nie jest najgorsze. Najgorsze w tym wszystkim jest podejście Jarosława Kaczyńskiego, który najwyraźniej wrócił do strategii „moralnych zwycięstw” albo, jak kto woli, „pięknych porażek”. Polska dyplomacja miała asa w rękawie, jakim była kandydatura Jacka Saryusz-Wolskiego. To znakomity polityk, znany w EPL, który nigdy nie chciał brać udziału w wojenkach z rządem. Gdy Platforma Obywatelska parła do debaty w Parlamencie Europejskim na temat reform PiS, Saryusz-Wolski po prostu nie uczestniczył w obradach. Nie chciał legitymizować hucpy, wynosić polskich brudów na zewnątrz. Był to podwójny cios dla PO, bo Kaczyński po prostu przeciągnął na swoją stronę ważnego polityka tej formacji. I tyle z tych sukcesów.

Dalej było już znacznie gorzej. Oficjalnie rząd przedstawił Saryusz-Wolskiego jako oficjalnego kandydata na tydzień przed decydującym szczytem w Brukseli. W jaki sposób miało takie działanie przekonać nie tylko Angelę Merkel, ale Viktora Orbana czy innych polityków z Grupy Wyszehradzkiej? Ktoś powie, że wystawienie Saryusz-Wolskiego wcześniej nic by nie zmieniło, a efekt w postaci reelekcji Tuska byłby taki sam. Obraz wyglądałby tak, że mamy profesjonalnego szefa dyplomacji, który panuje nad sytuacją i przekazem. Tymczasem dopiero pod koniec 2016 roku Witold Waszczykowski zaczął między wierszami mówić, że Polska nie poprze Tuska, bo nic mu nie zawdzięcza. Kilka miesięcy wcześniej dał mu ultimatum: albo poprawi relacje z PiS albo nie ma czego szukać.

Ale jeszcze dwa miesiące temu szef MSZ nie wykluczał poparcia dla obecnego szefa Rady Europejskiej. „Jeśli będzie zabiegał o kolejną kadencję, to powinien przedstawić swoje osiągnięcia i plany na przyszłość. Wtedy być może uzyska nasze poparcie” – mówił w wywiadzie dla Polskiego Radia. W maju 2016 roku zadeklarował: „Polska dyplomacja popiera Polaków i będzie popierała nadal. Natomiast dzisiaj jeszcze za wcześnie jest deklarować, ponieważ wybory na następną kadencję będą gdzieś chyba za rok, więc jeszcze wiele może się zdarzyć. Natomiast my oczywiście zawsze deklarujemy poparcie dla Polaków na wysokich stanowiskach międzynarodowych”.

Ryszard Czarnecki, europoseł, mówił w Radiu Zet w tym samym okresie: „Jest rzeczą oczywistą, że nowy polski rząd, rząd Prawa i Sprawiedliwości, będzie wspierał wszystkich Polaków, którzy ubiegają się o stanowiska międzynarodowe. W moim przekonaniu byłoby rzeczą dziwną, gdyby polski rząd utrudniał sprawowanie ważnej funkcji międzynarodowej Polakowi”.

Beata Mazurek, rzecznik PiS: „Z całą pewnością nie będziemy uprawiać polityki rewanżu, nie będziemy zachowywać się tak jak Platforma Obywatelska wobec Janusza Wojciechowskiego. Podkreślaliśmy to wielokrotnie i podtrzymujemy to, że polityków polskich na arenie międzynarodowej trzeba wspierać. Jeśli Donald Tusk nie będzie szkodził Polsce, to takie poparcie od nas uzyska”.

Proszę zauważyć – wtedy politycy PiS obawiali się mówić tego, co stwierdzają od końca lutego. Można zatem dojść do wniosku, że aż do stycznia 2017 roku rządowi nie udało się znaleźć kontrkandydata. I czynnikiem decydującym w działaniach gabinetu Beaty Szydło był jednoznaczny głos Jarosława Kaczyńskiego. O wszystkim zdecydowały ostatnie tygodnie przed szczytem w Brukseli. Jednak nie tylko narracja PiS o „wspieraniu wszystkich Polaków” się posypała.

Jarosław Kaczyński, Witold Waszczykowski czy inni, ważni politycy prawicy, wielokrotnie – i słusznie – podkreślali, że funkcja przewodniczącego Rady Europejskiej jest tylko prestiżowa, a jego władza iluzoryczna. Tymczasem Beata Szydło na konferencji prasowej i przed i po reelekcji Tuska ogłosiła, że Saryusz-Wolski byłby kandydatem, który przeprowadzi UE przez niezbędne reformy i zmiany traktatowe. To jak to w końcu jest według PiS? Skoro kierowanie pracami Rady Europejskiej nie ma aż takiego znaczenia, skąd pomysł, by coś się zmieniło w tym względzie po wyborze Saryusz-Wolskiego? W tym samym dniu, kiedy Szydło mówiła o zaletach kontrkandydata Tuska, Waszczykowski jeszcze dołożył, że jego funkcja ogranicza się tylko do zwoływania szczytów i nie ma mowy o żadnej realnej władzy. Jeśli tak, to po co „lobbował” za Saryusz-Wolskim? Tylko po to, by miał okazję zapraszać europejskich przywódców na kolejne spotkania?

Polska delegacja zagroziła zerwaniem szczytu. Tyle, że brak akceptacji dla konkluzji ze strony jednego państwa rzeczywiście nic nie znaczy. 27 państw nie będzie miało problemu, co pokazało głosowanie, poprzeć Tuska. Dla nich konflikt między PiS a PO jest kompletnie niezrozumiały. Czego jeszcze nie rozumie PiS? Zapisów traktatu unijnego (nawiasem mówiąc, zaakceptowanego z oporami przez rząd PiS i śp. Lecha Kaczyńskiego – mimo wielu zastrzeżeń nie użył weta w 2007 roku), który mówi o tym, że szef Rady Europejskiej może ubiegać się jednokrotnie o reelekcję. Przepisy ws. wyboru są zwięzłe, ale nigdzie nie jest powiedziane, że obecny przewodniczący nie zostanie wybrany, jeśli rząd kraju, z którego pochodzi, nie zgodzi się na takie rozwiązanie. Po prostu nie ma ani jednego takiego zdania w traktacie. Dotychczas wszystkie decyzje zapadały po uzgodnieniach z rządami narodowymi i PiS ma w jednym rację, że doszło do niebezpiecznego precedensu. Ale PiS samo sobie jest winne – miało 1.5 roku na przekonanie przynajmniej sojuszników, że warto postawić na innego kandydata. Że nic wielkiego się nie stanie, bo przecież nadal funkcję będzie piastować Polak, a w dodatku bardziej kompetentny. Nie zrobiono tego.

Jak powinien w tej sytuacji zachować się rząd? Wystawić kandydaturę Saryusz-Wolskiego oficjalnie pół roku temu. Ogłosić już wtedy, że Tusk nie będzie popierany przez Polskę. Jeśli „lobbowanie” nie przyniosłoby efektów, należało zgłosić sprzeciw wobec reelekcji, ale bez używania zagrań, które mogą zostać wykorzystane w dużo poważniejszych sprawach: w kwestii Nord Stream2 czy polityce migracyjnej. Teraz postawienie wszystkiego na ostrzu noża nie będzie robić wrażenia nie tylko na Angeli Merkel, ale Viktorze Orbanie czy Robercie Fico. I PiS miałby czyste sumienie i nie doszłoby do dyplomatycznego zgrzytu z zagrożeniem zerwania szczytu włącznie. Najgroźniejszy rywal dla Kaczyńskiego, który mógłby zdobyć dużo większe poparcie, niż Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru, nie zyskałby dodatkowych punktów. Dzisiaj Tusk nie wygrałby wyborów parlamentarnych czy prezydenckich, ale jego powrót w chwale męczennika przy poparciu większości krajów UE, mógłby scementować opozycję. Kompletnie zignorował to Jarosław Kaczyński, który najwyraźniej uznał, bilansując zyski i straty, że albo ściągnie go do Warszawy i „zatłucze” komisjami śledczymi albo też – w przypadku porażki w głosowaniu – pokaże na potrzeby wewnętrznej polityki, że Grupa Wyszehradzka i Londyn to rzeczywiście strategiczni partnerzy zagraniczni. I nadal nimi są, ale nie na śmierć i życie, jak przedstawiała to polska dyplomacja.

I choć PiS popełnił w sprawie głosowania na szefa RE rażące, wręcz kompromitujące błędy, nie tłumaczy to buty Francois Hollande’a, który zagroził: „Wy macie swoje zasady, my fundusze unijne”. Oświadczył to polityk, który cieszy się niechęcią blisko 90 proc. rodaków. Jeśli wybór Tuska jest trzeciorzędną sprawą, a dyplomatyczne napięcie ze strony Polski „dziecinadą”, jak mówią europejscy przywódcy, to kompletnie niezrozumiałe jest ultimatum: albo zgodzicie się na Tuska, albo odbierzemy wam pieniądze na inwestycje. Bo obecny szef Rady Europejskiej ich nam nie przyznał, dotacji nie zawdzięczamy również Hollande’owi. I jeszcze jedno – jeśli przywódcy europejscy chcieli poszukać kompromisu i tak wybrać Tuska, mogli oficjalnie zaprosić Jacka Saryusz-Wolskiego na szczyt. Korona z głowy by premierowi Malty nie spadła, a przynajmniej byłoby to rozsądne.

PS. Wielu prawicowych komentatorów nie tylko nie krytykuje dziwnego dryfowania rządu ws. brukselskiego szczytu, ale twierdzi nawet, że świetnie się stało, bo udało się ukazać Tuska jako niemieckiego kandydata, a Saryusz-Wolski był z góry przegrany. Ci sami publicyści, co łatwo sprawdzić, wieszczyli: tekst „Financial Times” to wrzutka byłego premiera, to jego styl, Kaczyński na pewno nie zgodził się na kontrkandydata z PO, inni jeszcze szukali inspiracji w Moskwie. Mylić się, to ludzka rzecz, sam tego doświadczam. Obawiam się jednak, że pisanie o „sukcesie PiS” w Brukseli ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co właśnie „Saryusz-Wolski jako wrzutka Tuska”. Przedkładamy własne interpretacje i życzenia nad fakty.

Grzegorz Wszołek • salon24.pl
fot. tvp.info

Advertisements

Możliwość komentowania ■■ Porażka rządu w batalii o Tuska w Brukseli. Ale PiS jest samo sobie winne ■ została wyłączona