■■ Grzegorz Braun: Rak na bezrybiu ■■

Posted in ■ aktualności, ■ odkłamujemy HISTORIĘ, ■ różne by Maciejewski Kazimierz on 28 maja 2017

Uprawianie istotnie niezależnej publicystyki – poza tym, że jest formą cywilnego samobójstwa – co do meritum okazuje się dziś dziecinnie proste. Wystarczy rejestrować to, czego z całą pewnością nie uzna za stosowne odnotować prasa mieniąca się „poważną”. Cały ten postpeerelowski „świat nieprzedstawiony” jest tak rozległy, że tematów nigdy nie zabraknie tym, którzy zechcą się tylko po nie schylić.

„Na bezrybiu i rak ryba” – ludowa mądrość, jakże trafnie opisująca konsekwencje przewagi popytu nad podażą, doskonale oddaje również aktualną specyfikę naszego rynku prasowego. Jakże łatwo tu przejawiać oryginalność i pryncypialność – skoro mamy do czynienia z kartelem dezinformacyjnym tak szerokim, że co do priorytetów propagandowych jednoczącym pozorne przeciwieństwa. Od „Gazety Wyborczej” do „Gazety Polskiej”, od Woronicza i Wiertniczej aż po Toruń – wbrew pozorom wszyscy uparli się hołdować jednakim pryncypiom w polityce wewnętrznej (pogłębiająca się niewola dłużnicza – brawo premier Morawiecki!) i tym samym dyrektywom w polityce zewnętrznej (pogłębiająca się wasalizacja – brawo MON Macierewicz i MSZ Waszczykowski!). Od prawej do lewej – najwyraźniej wszystkim jednako odpowiada sprowadzanie obcych wojsk na terytorium RP czy też, innego kalibru horrendum, reaktywacja fotoradarów. Zażarte spory dotyczą wyłącznie kwestii kadrowych, ale nigdy ustrojowych – idea redystrybucji dóbr tryumfuje, sporne pozostaje tylko, kto, komu i ile ma wypłacić z budżetu. Podobnie w geostrategii – różnice dotyczyć mogą co najwyżej wyboru obcej stolicy, której należy złożyć hołd lenny, ale sama zasada klientelizmu nie jest przecież kwestionowana.

Nie znaczy to oczywiście, że wszyscy dookoła szczerze wierzą w dogmaty, które sami głoszą. Wszak współczesny kult politpoprawności nie wymaga ostentacyjnej gorliwości – wystarczy lojalny konformizm. Nawet od katolików nie wymaga się tu od razu plucia na wszystkie świętości – wystarczy postawienie w centrum kultu świętego spokoju. Na wszystkich wymienionych polach nie ma zasadniczego sporu między obrońcami demokracji (dziś bardziej na lewo, w stronę Wielkiego Wschodu) czy patriotycznymi republikanami (dziś bardziej na prawo, w stronę lóż „regularnych”, alias „Szkotów”) wszyscy zgodnie świętują Rok Kościuszki i uprawiają „dialog” z Żydami. Cała tzw. polityka historyczna również opiera się przecież na niewzruszonych dogmatach: insurekcjonizmu (którego centralną świątynią jest Muzeum Powstania Warszawskiego) i judeoidealizmu (którego głównym przybytkiem quasi-religijnym jest Muzeum Historii Żydów).

Na tak skonstruowanej scenie „organizacyjna funkcja prasy” (jak to nazywał Ulianow – Lenin) realizowana jest przez „czołowych publicystów”, których misją nie jest bynajmniej informowanie, ale raczej moderowanie dyskursu publicznego. Do tego zaś niezbędna jest odpowiednia reglamentacja treści – stosowna do aktualnej mądrości etapu. I tę mądrość etapu – cóż za dziwy – co do zasadniczej, „jedynie słusznej linii” niemal identycznie pojmują i interpretują dziś funkcjonariusze frontu ideologicznego reprezentujący tytuły z pozoru diametralnie różne. Od „Post-Polityki” do „W Wazelinie”, od portalu Salon24 do telewizji WSI24, od red. Lisa do red. Potrzebowskiego – wszyscy jakoś chwytają w lot „konieczność dziejową” i bezbłędnie rozpoznają „znaki czasu”. Wiążący jest oczywiście głos kapłanów i proroków – owszem, głos redaktorów Wildsteina i Wójcickiego brzmi dziś donioślej niż głos Michnika czy pomniejszych Królów i Wołków – ale sama zasada moderowania dyskursu publicznego przez oświeconych i namaszczonych mędrców nie uległa zmianie.

Stąd też właśnie, na tle tak zjednoczonego frontu zakłamania i przemilczenia, doprawdy nietrudno błysnąć oryginalnym spostrzeżeniem czy ekskluzywnym doniesieniem. Uprawianie istotnie niezależnej publicystyki – poza tym, że jest formą cywilnego samobójstwa – co do meritum okazuje się więc dziś dziecinnie proste. Wystarczy rejestrować to, czego z całą pewnością nie uzna za stosowne odnotować prasa mieniąca się „poważną”. Cały ten postpeerelowski „świat nieprzedstawiony” jest tak rozległy, że tematów nigdy nie zabraknie tym, którzy zechcą się tylko po nie schylić. A oto kilka przykładów z ostatnich tygodni – faktów dostatecznie istotnych, by ich gremialne przemilczenie w mediach głównego ścieku uznać za dobitne potwierdzenie postawionej wyżej diagnozy naszej opłakanej sytuacji.

Oto w pierwszym tygodniu maja w Tel Awiwie odbyło się spotkanie na wysokim szczeblu poświęcone kwestii żydowskich roszczeń majątkowych, których głównym celem jest, jak wiadomo, Polska. – Żydowskie mienie skradzione za [czasów] Holokaustu musi być zwrócone – oświadczył prezydent państwa położonego w Palestynie (Izraela) Re’uwen Riwlin wobec audytorium, w którym obok ministrów PPP znaleźli się również ambasadorowie i inni przedstawiciele Niemiec, Wielkiej Brytanii, eurokołchozu i USA. Prezydent Rywlin powołał się przy tym z satysfakcją na komunikat z konferencji urządzonej tydzień wcześniej w Brukseli – gdzie z kolei specjalny przedstawiciel Departamentu Stanu USA ponaglał Polskę do wywiązania się ze zobowiązań w tej kwestii zapisanych w deklaracji z Terezina (zdradziecko sygnowanej przez nieboszczyka Bartoszewskiego w 2009 r.). Uwaga: ani jedno, ani drugie wydarzenie nie zostało w „poważnych” mediach polskojęzycznych w ogóle odnotowane (nie licząc tej rubryki na łamach „Polski Niepodległej”). A przecież ewidentnie mamy do czynienia z kolejnym skoordynowanym atakiem – mającym za doraźny cel zagarnięcie majętności o rozmiarach trudnych do wyobrażenia, ale potencjalnie prowadzącym do przejęcia kontroli nad terytorium „Rzeczypospolitej przyjaciół” (copyright: prezydent Duda).

Dla przybliżenia skali tego wymuszenia rozbójniczego spróbujmy sobie uświadomić, cóż to właściwie jest owych 65 mld dolarów, jakich od ponad 20 lat konsekwentnie domagają się od nas diaspora i państwo żydowskie. Otóż załóżmy, że od jutra zaczynamy wypłacać po milionie dziennie – wówczas ostatnią ratę haraczu wypłacimy za ok. 170 lat! Zważmy więc, że w ostatnich tygodniach Żydzi uruchomili właśnie kolejną falę nagonki – tym razem dysponując już nie tylko akompaniamentem dobrze zorkiestrowanej opinii międzynarodowej, ale i jawnym wsparciem „wspólnoty państw demokratycznych” na czele z naszymi obłudnymi „sojusznikami” w UE i w NATO. Tymczasem w Warszawie obowiązuje w tych sprawach polityka nabierania wody w usta i chowania głowy w piasek.

A oto inny świeżej daty akt bezpośrednio godzący w polskie interesy i rację stanu – generalnie po prostu przemilczany, a marginalnie jedynie przekłamany przez warszawskie media. Oto w drugim tygodniu maja w Genewie Polska została wskazana oskarżycielskim palcem na forum Rady Praw Człowieka ONZ. Wspominały o tym, owszem, media polskojęzyczne – wszakże z pominięciem kluczowego faktu: w roli głównego oskarżyciela wystąpił delegat amerykański. Pani Sheila Leonard, wcześniej działająca na rzecz organizacji propagujących aborcję w krajach Trzeciego Świata, dziś reprezentująca Departament Stanu, oficjalnie wezwała Polskę do poprawy w kwestii niezależności sądownictwa, do publicznego potępienia wszelkich przejawów antysemityzmu i mowy nienawiści dostrzeganych u nas rzekomo na najwyższych szczeblach władzy oraz do zwalczania dyskryminacji wobec sodomitów. Takie oto napastliwe wystąpienie naszego strategicznego sojusznika nie stało się u nas tematem publicznej debaty – nie mówiąc już o jakichkolwiek reakcjach na szczeblu dyplomatycznym. A redaktorzy mediów o ustalonym profilu hurra-lojalistycznym względem USA zdecydowali się w ogóle oszczędzić swoim czytelnikom tego dysonansu poznawczego – i o oskarżycielskiej mowie pani Leonard w ogóle nie wspomnieli. Poprzestali na cytowaniu komunikatu MSZ, który niczym w dowcipie o Radiu Erewań stwierdzał z dumą: „Wbrew spekulacjom medialnym Polska nie spotkała się z falą krytycznych uwag ze strony większości państw biorących udział w Powszechnym Przeglądzie Okresowym, który odbył się wczoraj w Genewie”.

Takie zaklinanie wiatru nie oddali jednak grożącego nam załamania pogody. Genewskie połajanki zdają się potwierdzać nadejście kolejnego „resetu” w polityce Waszyngtonu względem Warszawy. Nie przypadkiem przecież po spotkaniu prezydenta Trumpa z ministrem Ławrowem i ambasadorem Kislakiem objawił się w Białym Domu – deus ex machina – nieśmiertelny Henry Kissinger, główny w ostatnich latach rzecznik „odprężenia” w stosunkach z Moskwą. Notabene: jako energiczny orędownik wzajemnie korzystnej kooperacji USA i UE z Rosją wystąpił ostatnio na forum Światowego Kongresu Żydowskiego dr Mosze Kantor (prezes Europejskiego Kongresu Żydowskiego). Próżno jednak szukać cytatów z takich wystąpień w „poważnej” prasie polskojęzycznej – bez różnicy opcji. Urzędowego optymizmu, jak wiadomo, mogą nie podzielać tylko jacyś skrajni malkontenci czy „ruscy agenci”.

PS

À propos tych ostatnich: właśnie o kolejny kwartał przedłużono areszt „tymczasowy” (sic!) wobec pana Mateusza Piskorskiego, zamkniętego w maju 2016 r. jako mniemanego szpiega. Podobnie jak przed rokiem działania organów i decyzje wymiaru przyjęte zostały z aprobatą, a w niektórych wypadkach wręcz z mściwym entuzjazmem komentatorów. Wypada więc ponowić pytanie na tych łamach już kiedyś postawione: kiedy wreszcie sprawa Piskorskiego wejdzie na wokandę sądową? Jeśli istotnie dopuścił się on zdrady stanu i działał na rzecz obcego wywiadu – to go skażcie, nic prostszego. Jeśli o mnie chodzi, to będę co najwyżej narzekał na nieadekwatnie niski wymiar kary za te zbrodnie przewidziany w naszym Kodeksie karnym. Ale jeśli zamknęliście, panowie „dobrzy zmiennicy”, człowieka wam niewygodnego za sprzeczne z waszymi koncepcje polityczne, które zresztą głośno artykułował – to hańbicie siebie i Rzeczpospolitą, przedłużając ten areszt. Pan Piskorski nie jest mi ani bratem, ani swatem, a jego polityczna orientacja plasuje go na antypodach moich przekonań, tak ustrojowych, jak geopolitycznych, historycznych czy religijnych – sądzę np., że fundamentalną pomyłką jest dążenie do normalizacji naszej polityki wschodniej na skróty (tj. z pominięciem Mińska i bez dobrej komitywy z Pekinem), poprzez szukanie bezpośredniego „telefonu na Kreml” (jak Michnik w końcu lat 80.) Ale dalibóg, aby to wykazać, nie potrzebuję sankcji prokuratorskich i aresztów na moich adwersarzy.

Grzegorz Braun • polskaniepodlegla.pl

Advertisements

Możliwość komentowania ■■ Grzegorz Braun: Rak na bezrybiu ■■ została wyłączona