■■ Buntownik z przypadku, Polak z własnego wyboru ■■

Posted in ■ aktualności, ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ by Maciejewski Kazimierz on 28 czerwca 2017

Przyjechał do Poznania w przeddzień wybuchu poznańskiego buntu w poszukiwaniu pracy. 28 czerwca 1956 roku znalazł się na czele demonstracji, brał udział w atakach na UB. Mówił o sobie, że jest powstańcem. Niezwykłą historię Niemca, który należał do najbardziej zaangażowanych uczestników Czerwca’56 przedstawia Krzysztof M. Kaźmierczak.

Jest widoczny na wielu zdjęciach z Poznańskiego Czerwca. Młody człowiek w jasnym prochowcu. Na jednym z nich widać go na czele demonstracji. Na innym idąc wymachuje metalowym drągiem. Oglądając fotografie robione z ukrycia przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, nieraz zastanawiałem się, kim jest ten człowiek. To Ginter Herzog. Z urodzenia Niemiec, z wyboru Polak. 28 czerwca 1956 roku poznański powstaniec. Tak mówił o sobie przesłuchiwany przez oficerów UB.

Chłopak z Łazarza

Urodził się w 1936 roku w Wuppertalu w zachodniej części Niemiec. Nie wiadomo, kim byli jego biologiczni rodzice i z jakiego powodu trafił do Polski. Zachowane akta ze śledztwa prowadzonego przez UB mówią o tym, że rok po urodzeniu matka Gintera zostawiła go w Poznaniu na wychowanie małżeństwu zamieszkałemu przy ul. Małeckiego na Łazarzu. Ich dom traktował jako rodzinny. Mieszkał w nimi zaledwie kilka lat.

Większą część okupacji chłopiec spędził na wsi pod Zaniemyślem, gdzie schronienie prawdopodobnie znaleźli mu przybrani rodzice. Ginter mówił po latach, że podczas wojny brano go za Niemca, ale on zawsze mówił, że jest Polakiem.Po wyzwoleniu sam dotarł do Poznania. Szukał swoich rodziców. Na Małeckiego dowiedział się jednak, że nie żyją. Po raz drugi w swoim krótkim życiu został sierotą. Nie mogło to nie wpłynąć na jego osobowość.

Zamieszkał początkowo u krewnych swoich przybranych rodziców, ale chodził własnymi ścieżkami. Ginter szybko trafił do schroniska dla nieletnich, a potem – po skazaniu za powtarzające się drobne wybryki – znalazł się w poprawczaku.

Do PZPR po pracę

Po zakończeniu kary 27 czerwca 1956 roku Herzog wrócił do Poznania. Nie miał gdzie zamieszkać, był głodny i bez pieniędzy. Zdesperowany poszedł do Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej przy ul. Armii Czerwonej (obecnie św. Marcin). Oświadczył, że się stamtąd nie ruszy, jeśli nie dostanie jedzenia.

Gdyby to zdarzyło się miesiąc wcześniej, Ginter zapewne trafiłby z PZPR prosto do aresztu. Ale pod koniec czerwca nastroje w mieście były gorące. Od kilku dni wrzało w zakładach im. Józefa Stalina (Cegielskim). Zamiast wezwać milicjantów, by wyprowadzili intruza, przyniesiono mu jedzenie z partyjnej stołówki. Jakiś urzędnik załatwił dwudziestolatkowi tymczasowy nocleg w hotelu robotniczym w Naramowicach i zaoferował pomoc w znalezieniu pracy. Warunkiem było wcześniejsze zarejestrowanie się w Wojskowej Komendzie Rejonowej. Ginter był w wieku poborowym, a służba w wojsku była obowiązkowa. Bez książeczki wojskowej nie miał szans na pracę. Chłopak obiecał w PZPR, że załatwi to nazajutrz.

„Wiara na bezpiekę”

Po nocy spędzonej w Naramowicach Herzog ruszył pieszo do Poznania. Do WKR na ul. Świerczewskiego (dziś Bukowska) jednak nie dotarł. Po drodze natrafił na manifestację. „Zostałem zgarnięty przez tłum demonstrantów. Poszedłem z nimi na czele pochodu” – napisał w oświadczeniu złożonym po aresztowaniu.

Ze zbuntowanym tłumem dotarł pod Zakład Ubezpieczeń Społecznych przy ul. Dąbrowskiego, gdzie manifestanci zniszczyli umieszczone na budynku zagłuszarki zachodnich rozgłośni radiowych. Tam usłyszał krzyki „wiara na bezpiekę” i poszedł wraz z demonstrantami na ul. Kochanowskiego pod budynek UB. Uciekł stamtąd, gdy zaczęto strzelać. Pomagał opatrywać rannych. Kiedy na ulicach pojawiły się pierwsze czołgi, brał udział w przejęciu jednego z nich. Wtedy zdobył swoją pierwszą broń – pistolet TT.

Podczas przesłuchań twierdził, że od jednego z oficerów dowiedział się, że karabiny są magazynowane w studium wojskowym Wyższej Szkoły Rolniczej. Zachęcał manifestantów, by ją zdobyć. Pojechali tam zatrzymanym na ulicy Starem 20, ale okazało się, że większość znalezionych karabinów to tylko atrapy służące do ćwiczeń. Następnym celem poszukujących broni był komisariat MO na Junikowie. Ginter kierował ciężarówką. Milicjanci poddali się po oddaniu strzałów ostrzegawczych. Tak dwudziestolatek wyposażył się w drugi pistolet TT. W powrotnej drodze na Kochanowskiego rozbroił napotkanego żołnierza, zabierając mu pistolet maszynowy. Z niego strzelał w stronę siedziby bezpieki. „Płacę krwią” Strzelał do UB od strony ul. Mickiewicza, a potem Krasińskiego. W przerwach pomagał opatrywać rannych, odwoził ich do szpitala im. Pawłowa. Po powrocie w okolice obleganego gmachu bezpieki przedostał się do budynku przy ul. Poznańskiej. Tam na zmianę z kilkoma mężczyznami strzelał z balkonu z ręcznego karabinu maszynowego. Kiedy Ginter poczuł głód, poszedł do sklepu mięsnego. „Mając PM pod płaszczem i pistolet w kieszeni zażądałem kartkę i ołówek i napisałem takie słowa „kwituje odbiór kilo kiełbasy na konto UB Poznań”. Podpisał się „towarzysz Ludwik”. Przesłuchiwani później pracownicy niechętnie przyznali, że wydali Herzogowi wędlinę. Kartki nie odnaleziono, ale jedna ze sprzedawczyń, która rozpoznała Gintera powiedziała, że oświadczył on, że za kiełbasę… płaci krwią. Pod wieczór, kiedy wojsko przejęło kontrolę nad miastem, Herzog roztrzaskał pistolet maszynowy (skończyła mu się amunicja) i postanowił wrócić do Naramowic. „Koło Cytadeli czterech żołnierzy z okrzykiem „stój, ręce do góry” usiłowało mnie zatrzymać. Otworzyłem ogień z dwóch pistoletów TT i uciekłem” – zeznał. Zanim dotarł do hotelu robotniczego, wyrzucił jedną z tetetek. „Nad ranem mając 14 naboi i pistolet, opuściłem Poznań” – relacjonował. Chciał uciec za granicę „przed prześladowaniami bezpieki”. Wkrótce został aresztowany. Z pepeszą na czołgu Przetrzymywany w celi Ginter twierdził, że brał udział w powstaniu. Był wręcz dumny z tego powodu. Nie ukrywał przed esbekami swojego zaangażowania w bunt, początkowo obawiał się tylko przyznać, że miał broń palną i jej używał. W końcu i o tym opowiedział, gdy zorientował się, że śledczy znają jego tajemnicę. Relacje przesłuchiwanego były tak szczegółowe i szczere, że początkowo śledczy podejrzewali, że chłopak zmyśla. Zlecili nawet zbadanie przez lekarzy, czy aresztowany jest poczytalny. Szybko okazało się, że Herzog mówił prawdę, chociaż chwilami przesadnie podkreślał swoją rolę w buncie. Wielu zatrzymanych rozpoznało Gintera. Podczas przesłuchań Jerzy Krzywosz zeznał, że chłopak kierował demonstrantów w stronę ZUS-u. Sylwester Konieczny przyznał, że Herzog uczestniczył wraz z nim w rozbrajaniu posterunków, a Marian Bocheński stwierdził, że widział dwudziestolatka w zakrwawionym prochowcu, gdy jechał na czołgu z pepeszą przewieszoną na piersi. Herzogowi groziła surowa kara za zbrojny udział w poznańskim buncie. Nie stanął jednak przed sądem. Odwilż polityczna sprawiła, że jego sprawę umorzono, tak jak wszystkie inne śledztwa przeciwko uczestnikom Czerwca 1956. Jakie były dalsze losy Niemca, który czuł się Polakiem i był dumny z udziału w poznańskim buncie? Niestety, wiadomo tylko tyle, że przez jakiś czas po uwolnieniu z aresztu mieszkał jeszcze w Poznaniu.

Krzysztof M. Kaźmierczak • gloswielkopolski.pl

Reklamy

Możliwość komentowania ■■ Buntownik z przypadku, Polak z własnego wyboru ■■ została wyłączona