S t r o n a • byłych działaczy • Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża

Bulc Andrzej Gwiazda Andrzej Gwiazda Joanna Karandziej Jan Maciejewski Kazimierz Runowski Andrzej Walentynowicz Anna Wyszkowski Krzysztof Zborowski Lech


17 XII • 44. rocznica Grudnia ‘70 • P A M I Ę T A M Y !
Komunistyczne władze zamordowały niewinnych ludzi, sprawcy nie ponieśli odpowiedzialności

16 XII • 33. rocznica pacyfikacji kopalni Wujek
Komunistyczne władze zamordowały niewinnych ludzi, sprawcy nie ponieśli odpowiedzialności

                            P A M I Ę T A M Y !

Lech Zborowski
KALENDARZ BORUSEWICZA

Pisałem już kiedyś, że dałbym wiele aby móc przestać reagować na wypowiedzi mojego byłego WZZowskiego kolegi Bogdana Borusewicza. A to dlatego, że większość z nich mierzi mnie dziś w takim samym stopniu jak sama postać je wypowiadająca. Niestety, chociaż człowiek ten dysponuje umiejętnością wypowiedzi zbliżoną do bełkotu równie mało sympatycznego „Bolka”, to jednak pcha się do każdego możliwego mikrofonu z taką samą pasją jak jego pupil.

Nic więc dziwnego, że kiedy tak zwana władza porażona została paniką przed sobotnim marszem protestacyjnym, to właśnie nasz eksportowy marszałek ruszył do propagandowego ataku. Postanowił upomnieć się o prawo wyłączności do jednej ważnej grudniowej daty w naszym kalendarzu.

Jak donosi gazeta Metro marszałek obwieścił:

Jeśli PiS robi marsz 13 grudnia pod hasłem zagrożenia demokracji albo powtórzenia wyborów samorządowych, to oczywiście jest to wykorzystywanie tej daty do bieżących celów politycznych”. Łatwo się domyślić, że obok określenia „wykorzystywanie” kluczowym słowem w tej kwestii ma być „oczywiście”.

Równocześnie chwali się niebywałą pamięcią oznajmiając, że „…dla niego – człowieka, który pamięta tę datę – jest to rzecz niedopuszczalna”.

Wyraźnie w jego przekonaniu my wszyscy „oczywiście” zapomnieliśmy nie tylko datę, ale w ogóle cały stan wojenny.

Otóż, niezupełnie. Tak się jakoś składa, że ja nie tylko pamiętam datę, stan wojenny, ale również dokładne „zasługi” słynnego „Borsuka”, które mogłem poznać z bliska.

Według wspomnianej gazety marszałek Senatu uważa, że „bardzo wielu ludzi, którzy dzisiaj próbują zawłaszczyć grudzień 1981r. I grać nim politycznie to między innymi ci, którzy wówczas byli bardzo młodzi oraz ci, którzy podczas stanu wojennego nie byli represjonowani”.

I tu ujawnia się stosowana w kółko perfidia postępowania Bogdana Borusewicza. Stały punkt jego wrednych ataków. Ta wracająca jak bumerang sugestia o jakimś specjalnym kombatanctwie, które ma mu dawać prawo do tej arogancji. Jakieś specjalne zasługi, które „oczywiście” nie mają podlegać żadnej kwestii.

Zastanawiam się więc, jaka chora logika każe Bogdanowi Borusewiczowi twierdzić, że młodzi ludzie maja mniejsze prawo do historii niż on sam? Czyż nie należało by założyć, że w myśl tej idiotycznej mentalności on sam nie miałby prawa rozprawiać o bohaterach drugiej wojny światowej, latach stalinizmu i wielu innych wydarzeniach historycznych, o których tak chętnie się wypowiada, ani też brać udział w obchodach jakichkolwiek rocznic tamtych wydarzeń.

Co ma oznaczać to skrajnie bezczelne i obraźliwe stwierdzenie o tych, którzy nie byli represjonowani?

Od kiedy miarą prawa do historii własnej ojczyzny mają być jakiekolwiek represje? Gdybyśmy przyjęli, że taką miarą miała by być np. ilość otrzymanych pał, uczestnictwo w starciach ulicznych, czy zwolnienie z pracy to nasz „bohater” musiał by zamknąć swoje niewyparzone usta raz na zawsze, zwłaszcza w obecności tych wówczas młodych ludzi.

Borusewicz stwierdza też: „Ale widzę problem w tym, że jakaś partia próbuje 13 grudnia zawłaszczać i wykorzystywać w polityce bieżącej”.

Ten zarzut brzmi szczególnie ciekawie jeśli przypomnimy sobie, że we wrześniu 2010 roku Borusewicz był częścią inicjatywy domagającej się wyłączności prawa do oficjalnego obchodzenia rocznicy sierpnia dla rządzącej partii swoich kolesi. Czynił to wspólnie z równie „oczywistymi” symbolami waleczności co Wujec, Bogdan Lis czy Władysław Frasyniuk.

Borusewicz wykazuje jednak niezwykłą łaskawość oświadczając, że „Możemy demonstrować, ale w sposób racjonalny”. Zapytam więc, czy sobotni marsz był wystarczająco racjonalny dla dzielnego marszałka?

W dalszej części jego wywodów następuje skrócony opis kombatanctwa stanu wojennego od skoku przez okno, strzałów, pogoni i całego zestawu niezbędnego do nabycia prawa wyłączności do daty 13 grudnia. Wszystkim urodzonym w tym dniu i chcącym obchodzić swe urodziny radzę więc, albo urodzić się ponownie albo strzelić, wyskoczyć przez okno i uciekać jakiejś pogoni, gdyż w innym przypadku najdzielniejszy z marszałków może oskarżyć o zawłaszczanie daty, a znając postępującą zaciekłość marszałka jutro może powstać specjalna komórka policji do wydawania mandatów za to anty marszałkowe przestępstwo.

W jego kombatanckiej laurce znajduje się również takie stwierdzenie: „Wokół siebie widziałem oczywiście i sytuacje fatalne, zdrady, ale także bohaterskich ludzi”.

Tak się składa, że ja również to wszystko widziałem. Widziałem również to czego nie widział sam Bogdan Borusewicz, chyba, że patrzył by w tym czasie w lustro. Widziałem i co gorsze pamiętam jak przyszły marszałek stawał się częścią grupy zabijającej podziemną działalność. Pamiętam jak robił wszystko aby nie dopuszczać do działalności podziemnej wielu z powracających z więzień działaczy, tylko dlatego, że nie należeli do zaakceptowanej przez Wałęsę bandy przyszłych zdrajców. Pamiętam jak tym, którzy próbowali organizować się sami utrudniał jakiekolwiek kontakty. Pamiętam jak w sytuacjach kiedy i to nie pomagało posuwał się do puszczania w obieg bezpodstawnych oskarżeń o współpracę z bezpieką. Wystarczy zajrzeć do wspomnień wielu trójmiejskich działaczy. Pamiętam również dziwną amnezję przyszłego marszałka kiedy podziemni drukarze łatali stare urządzenia powielaczo podobne podczas gdy on sam nie mógł sobie przypomnieć co stało się z przysłanymi z zachodu powielaczami i materiałami. Pamiętam jak zacząłem otrzymywać do druku całkowicie bezsensowne zlecenia w postaci starych i nikomu niepotrzebnych przemówień. Pamiętam zmęczonych tym postępowaniem opozycyjnych przyjaciół wyjeżdżających z kraju. Pamiętam w końcu swoją własną decyzję o wyjeździe kiedy stało się jasne, że po powrocie Wałęsy z jego pijackich wczasów nikt z otoczenia dzielnego Borsuka nie chciał naszego działania.

Bogdan Borusewicz w swej nieprawdopodobnej arogancji zapędza się tak bardzo, że w pewnym momencie stwierdza: „To był powrót do przeszłości, do okresu stalinowskiego. Może nie z wyrokami śmierci, ale z tysiącami ludzi, którzy siedzieli w więzieniu, wyrzuconymi z pracy, dziennikarzami wyrzuconymi z redakcji, zamykanymi gazetami i tygodnikami(!)

Zważywszy, że protest przeciwko, któremu Bogdan Borusewicz tak bardzo się buntuje był Marszem w obronie Demokracji i Wolności Mediów(!) to, to jego wyznanie ma dosyć szczególne brzmienie.

Podsumowując stan wojenny Bogdan Borusewicz stwierdza: „To odpowiedzialność tych, którzy wprowadzili stan wojenny.” I to jest jedyna rzecz, z którą się absolutnie zadzam.

I dlatego właśnie dopóki Bogdan Borusewicz pełniący od lat funkcję trzeciej osoby w państwie nie pokaże nam w jaki sposób tych odpowiedzialnych rozliczył, to ja jego bezczelne rozprawy na temat stanu wojennego uważam za obrazę nas Polaków.

Lech Zborowski

Kim jest marszałek Borusewicz?

JanKaroFelix • youtube.com

borsuk na pasku
przerwa

    Marsz w Obronie Demokracji i Wolności Mediów

Relacje filmowe




przerwa

Lech Zborowski
„JEST PONIŻEJ MOJEJ GODNOŚCI ZASTANAWIAĆ SIĘ CZY CHAM PRZYWALI MI PRAWĄ ŁAPĄ CZY LEWĄ NOGĄ”

Ledwie zdołałem ochłonąć po nagonce redaktora Sakiewicza na protestujących w siedzibie PKW Ewę Stankiewicz, Grzegorza Brauna i kilka innych dzielnych osób, a tu trafiam właśnie na nieprawdopodobnie odrażający paszkwil drużynowej pana Sakiewicza, Joanny Lichockiej. Przyznaję, że dawno nie czytałem czegoś tak odpychającego w swej wymowie.

Po kilkakrotnej lekturze doszedłem do wniosku, że są tylko dwie możliwe przyczyny. Albo ktoś dolał czegoś do wody, którą pije się w redakcji Gazety Polskiej albo zwyczajnie nie wszyscy, którzy tam pracują są tymi za jakich się podają.

Pani Lichocka zaczyna od przyznania, że owszem wynik wyborów zafałszowano (nie mylić ze sfałszowaniem) i że to się wpisuje w jakiś proces destabilizacji instytucji państwa, ale jak stwierdza „musimy się jakoś wobec tego umieć odnaleźć”.

W takiej sytuacji spieszę natychmiast wyjaśnić pani redaktor, że ani ja sam ani nikt z tych, których znam nigdy się w tym nie pogubił. My doskonale wiemy co się wokół nas dzieje. Na zagubioną po niewłaściwej stronie barykady wygląda właśnie Pani.

Dalej pani Lichocka oddaje się głębokim rozważaniom na temat zwycięstwa wyborczego PiS. Rozważania są tak głębokie, że chyba nawet sama autorka ich nie rozumie.

Tak czy inaczej szybko przechodzi ona do tego co boli ją najbardziej, a więc Grzegorz Braun i Ewa Stankiewicz. Swoje opluwanie (o, przepraszam) „dziennikarską” krytykę okrasza kłamstwem i zagrywkami słownymi typowymi dla słynnych urbanowych paszkwili. Ironicznie przywołuje monarchistyczne poglądy Grzegorza Brauna, które nie tylko nie mają nic wspólnego ze sprawą protestu w PKW, ale, które są zupełnie obce innym uczestnikom tego protestu. Mówi o „wyważaniu drzwi” wiedząc doskonale, że takowe nie miało tam miejsca, gdyż protestujacy weszli do budynku przy drzwiach otwartych i nawet później podczas aresztowania nie stawiali oporu! To jest nic innego jak perfidne i wyrachowane kłamstwo tak charakterystyczne dla niegdysiejszej „Trybuny Ludu” czy sowieckiej „Prawdy”. Podobnie zresztą jak stwierdzenie o „zapowiedzi drugiego majdanu”. Co prawda pani Lichocka pisze, że takie zapowiedzi były „sączone tu i ówdzie”, to jak na prawdziwy paszkwil przystało nie precyzuje już gdzie to „tu i ówdzie” ma się znajdować. Najważniejsze, że ściągając z tekstu swego redakcyjnego szefa dochodzi błyskotliwie do wniosku, że to działanie było „wymarzonym prezentem dla rządowej machiny”.

Po tym pouczeniu dokonuje błyskawicznej analizy mediów społecznościowych, stwierdzając, że ich większość nawołuje do „wyprowadzenia na ulicę”, dorzucając dla większej dramaturgii wykrzykiwane ponoć na prawo i lewo hasło „nie ma wolności bez ceny krwi”.

Jednak najbardziej odrażającym stwierdzeniem „dziennikarki” jest podsumowanie tych i tak już ohydnych wynurzeń. Pani Lichocka wyznaje z nieukrywaną szczerością: „Tak – mam pretensje do Grzegorza Brauna i Ewy Stankiewicz, że zrealizowali scenariusz, który mógłby być napisany w siedzibie MSW na Rakowieckiej”. Zaczynam odnosić wrażenie, że Urban mógłby się od pani „redaktor” wiele jeszcze nauczyć.

Ona sama idzie dużo dalej i stwierdza: „Gdybym była jakimś nowym wcieleniem pułkownika Lesiaka, niczego lepszego bym nie wymyśliła”. Ależ Pani Lichocka, skąd ta skromność? Przecież właśnie Pani wymyśliła i to coś, czego nawet sam Lesiak głośno by nie powiedział – założyć sobie smycz i pełzać w taktycznym, milczącym upodleniu poddaństwa aż do niechybnego wyborczego zwycięstwa. Hurra, Pani Lichocka, hurra! Czy to Pani własne czy też ściągnięte od szefa?

Cały tekst „dziennikarki” pełen jest takiego jadowitego bełkotu i pseudo patriotycznych pouczeń kierowanych do Bóg jeden wie kogo jeszcze. To wszystko prowadzi do „genialnego” stwierdzenia, że „Jeśli zależy nam na rzeczywistej demokracji, musimy być na organizowanej przez PiS demonstracji 13 grudnia”. A ja się zapytam tylko – Pani Lichocka, co ma piernik do wiatraka?

Czy Pani metodą na przyciągnięcie chętnych do jednego protestu jest obrzucanie błotem tych, którzy mieli odwagę porwać się na inny protest i to w tej samej sprawie?

Czy chce nam Pani powiedzieć, że ten protest nie będzie „wymarzonym prezentem dla rządowej machiny” tylko dlatego, że w pierwszym szeregu pomaszeruje redaktor Sakiewicz, za którym podrepcze wierna mu redaktor Lichocka?

Pani Lichocka pisze w pewnym momencie: „Trzeba niestety raczej przypomnieć sobie działania władzy z czasów walki Polaków z komuną w PRL…”.

Pozwolę więc sobie na takie właśnie przypomnienie. Wczesną wiosną 1980 roku, a więc na kilka miesięcy przed pamiętnym sierpniem, Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża przeprowadziły największą spośród wszystkich swoich akcji. Była to jak na tamte warunki olbrzymia akcja nawołująca do bojkotu wyborów. Kilkadziesiąt osób w ciągu dwóch tygodni rozprowadziło tysiące ulotek i plakatów na terenie całego trójmiasta. Nawet ówczesne władze komunistyczne nie zdołały ukryć efektów tej akcji. Miałem szczęście być jedną z tych kilkudziesięciu osób.

Przytoczę więc dwa charakterystyczne wydarzenia z mojego własnego doświadczenia.

Jednego razu rozdawaliśmy ulotki przed jednym z kościołów w Gdańsku Wrzeszczu. Ludzie wychodzili z kościoła, a my wręczaliśmy ulotki do ręki każdemu z osobna. Ludzie brali chętnie i orientując się o co chodzi chowali do kieszeni. W pewnym momencie jedna pani odebrała z mojej ręki ulotkę i po przeczytaniu kilku zdań podbiegła do mnie i głośno zażądała abym zabrał ulotkę z powrotem. Nie rozumiejąc początkowo o co jej chodzi zaproponowałem aby schowała na później i przeczytała w domu. Pani jednak oglądając się ostentacyjnie na boki krzyczała coraz głośniej, że życzy sobie abym tę ulotkę natychmiast od niej zabrał. Stało się jasne, że pani ta chciała aby wszyscy widzieli, że ona tej ulotki nie zabrała i oddała ją tam skąd wyraźnie wbrew swojej woli otrzymała.

Innego dnia zamiast ulotek rozklejaliśmy plakaty z chwytliwymi, czasem ironicznymi hasłami. Wybieraliśmy miejsca gdzie było najwięcej ludzi nie tylko dlatego aby najwięcej osób zdążyło je zobaczyć, ale też dlatego, że agenci nie odważyli się na oczach tłumu zrywać naszych plakatów co pozwalało na ich dłuższe zaistnienie. Wchodziliśmy na przykład do sklepu mięsnego gdzie czekała olbrzymia kolejka ludzi i od razu przeciskaliśmy się do przodu. To oczywiście wzbudzało natychmiastową reakcję, gdyż komitet kolejkowy był czujny i nie pozwalał na to aby ktokolwiek wcisnął się poza kolejnością. Obserwowani czujnie w ciszy przez kolejkę wchodziliśmy do środka wyszukując najlepsze miejsce na ścianie lub oknie wystawowym, smarowaliśmy klejem i przyklejaliśmy plakat. Reakcja była zawsze taka sama. Zanim jeszcze zdążyliśmy opuścić sklep rozlegały się gromkie brawa i często stosowne anty rządowe okrzyki.

Tak więc, Pani Lichocka, to pierwsze zdarzenie obrazuje osobę taką jak Pani, która chce obwieścić światu, że nie ma z tym nic wspólnego, bo przecież władzę takie postępowanie „smarkaczy” może zdenerwować, a Pani jest przecież za rozsądna na takie głupie popisy, które dyktatury i tak nie obalą, a tylko sprowadzą kłopoty.

Tymczasem ta druga sytuacja pokazuje, że ludzie akceptują czasem jakąs forme protestu, po której nie tyle spodziewają się jakiś zmian, ile zwyczajnie czują się przez tą jedną chwilę jak ludzie bez łańcucha u szyi. Każda pani Lichocka, która by się w takiej kolejce znalazła mogła by zawsze odwrócić się i udać, że niczego nie widziała i nawet wziąć na świadka stojącego przed nią znajomego, pana Sakiewicza. I potem czekać na ten właściwy i rozsądny protest w tłumie pod jakimś pomnikiem.

Różnica między tamtym czasem i dzisiejszymi realiami jest taka, że wówczas jedynymi, którzy na nas pluli, strasząc zemstą władzy ludowej były reżimowe szmatławce urbanów i jemu podobnych. Nie było do pomyślenia aby inna opozycyjna grupa, nawet gdyby nie zgadzała się z formą protestu wpisała się w reżimowy jazgot obszczekiwania swoich. A już z całą pewnością nie stało by się tak w czasie kiedy niektórzy z nas stawali przed sądami czy kolegiami do spraw wykroczeń.

Jan Tadeusz Stanisławski śpiewał kiedyś: „Jest poniżej mojej godności zastanawiać się czy cham przywali mi prawą łapą czy lewą nogą”.

Tak, Pani Lichocka, jest coś takiego jak godność. Ta, która nakazuje czasem wstać z klęczek i porzucając polityczne, pseudo intelektualne kalkulacje umieć powiedzieć sobie: „Jest poniżej mojej godności…”

A jeśli nie ma Pani wystarczająco odwagi, to niech Pani znajdzie w sobie odrobinę przyzwoitości aby nie pluć na tych, którzy taką odwagę posiadają. Jeśli chore ambicje pomieszają się z paraliżującym strachem do tego stopnia, że nie pozwolą Pani spać, to polecam wziąć się za rączki z redaktorem Sakiewiczem i tańcząc śpiewać Goombaya. To co prawda niczego nie zmieni, ale odciągnie Was od komputera i może chociaż na chwilę przestaniecie uprawiać haniebną propagandę poddaństwa.

Lech Zborowski


Lech Zborowski
„JA SIĘ NIE BOJĘ, JA TYLKO JESTEM OSTROŻNY”

Patrząc z przerażeniem na to co wyprawia się w Polsce, a ściślej z Polską przy pomocy wyborczego bandytyzmu, od kilku dni daję wyraz zaniepokojeniu, krytykując poniektórych aktorów tego obrzydliwego spektaklu.

Dzisiaj podejmuję się zadania dużo trudniejszego, gdyż muszę zwrócić się do człowieka, którego nie tylko szanuję, ale którego wiele działań wspierałem jako działacz Klubu Gazety Polskiej.
Nie może być jednak tak, że zabieramy głos tylko tam gdzie jest to łatwe z powodu oczywistego zła, a milczymy tam gdzie w grę wchodzi taki czy inny sentyment.

Już pierwsza krytyka protestu w siedzibie PKW przez redaktora Tomasza Sakiewicza wywołała u mnie więcej niż zdziwienie, ale tekst który opublikował właśnie w tym temacie najzwyczajniej mnie wnerwił.

Pan Sakiewicz zaczyna od wielce odkrywczego stwierdzenia „Wszystko wskazuje na to, że co najmniej od czwartku przeprowadzany jest w Polsce scenariusz prowokacji. Jej celem miało być co najmniej przykrycie wielkiej wsypy przy cudach nad urną albo doprowadzenie do awantury, która miałaby uzasadnić dalsze antydemokratyczne działania.”

Rzeczywiście, Panie redaktorze? A ja myślałem, że taki scenariusz przeprowadzany jest od kilkudziesięciu lat, a ściślej od pojawienia się w Polsce komunistycznych oprychów. Czy rzeczywiście jest Pan przekonany, że po ostatnich wyczynach kolejnej generacji tych oprychów, potrzebują oni uzasadniać dalsze antydemokratyczne działania?

W czwartek protestujący obywatele weszli do budynku PKW właśnie dlatego, że wykroczono już daleko poza obszar, w którym możliwość prowokacji mogła by być największym niebezpieczeństwem. Zagrożona, a ściślej zaatakowana została ostatnia iluzja naszej wolności!

Być może za redakcyjnym komputerem tego nie widać, ale dokonano jawnego gwałtu na tej resztce wolności jaką do niedawna się łudziliśmy, a Pan rozprawia o możliwości prowokacji stwierdzając, że „Pokojowa demonstracja, której liderzy sami wzywali do niepoddawania się prowokacji, nagle zamieniła się w coś co prezydent Komorowski i premier Kopacz mogli ogłosić zamachem na demokrację”.

Czy Pan wychodził ze swej redakcji w ostatnich dwudziestu latach? Panie Sakiewicz, w dzisiejszych polskich realiach Pańskie kichnięcie może być uznane za zamach na demokrację. I jeśli zagłębi się Pan w sądowe akta ostatnich lat, to może zauważy Pan, że to stwierdzenie wcale nie jest tak przesadne jak chciałby Pan to widzieć.

Zwrócę Panu również uwagę na prosty fakt, że aby się na coś zamachnąć, to to coś musi najpierw zaistnieć. Jeżeli nawet uznać Pańskie mrzonki, że takowa demokracja w naszym kraju istnieje, to właśnie wyborcze łajdactwo zakończyło brutalnie Pański sen.

A skoro został Pan już przebudzony, to przypomnę Panu w jakiej „demokracji” żyjemy.

Dorobek ciężkiej pracy kilku pokoleń dokumentnie rozkradziono, zdeptano historię i jej bohaterów, wygnano miliony młodych Polaków za chlebem, odcięto nas od własnych mediów i używa się ich do poniżania nas, a wolność słowa załatwia się wyrokami sądów, w których sędziami są komunistyczni oprawcy. Tłucze się nas za polską flagę i słowo patriotyzm i to za pomocą obcych bojówek, indoktrynuje się dzieci wbrew protestom rodziców, depcze się naszą chrześcijańską tradycję, głodującym emerytom każe się w pokorze czekać na śmierć, a przechodniom patrzeć na pomniki sowieckich morderców i gwałcicieli. Komunistyczni oprawcy nabijają portfele i wyśmiewają swoje ofiary, chorzy umierają w kolejce do niezbędnych badań i teraz kiedy depcze się buciorem zdrajców resztki naszej dumy, Pańskim największym zmartwieniem jest ewentualna prowokacja i być może oskarżenie o zamach na nieistniejącą demokrację?

Panie Sakiewicz, jeśli Ci ludzie rzeczywiście dokonywali zamachu na „demokrację” , w której każe się Polakom dogorywać, to ja jestem z tych ludzi dumny i kłaniam się im. A Pan jako przedstawiciel rzekomo patriotycznej prasy powinien teraz użyć wszystkich swoich dziennikarskich talentów aby swym słowem bronić tych ludzi przed sądowym i wszelkim innym bandytyzmem Pańskiej urojonej demokracji.

Zamiast tego pełen pychy pisze Pan „Żeby nie było wątpliwości wejście do PKW uważam za niemądre i to ono stało się niezbędnym elementem potrzebnym władzy lub zewnętrznym siłom do rozhuśtania nastrojów”.

Jeśli „rozhuśtane nastroje” spędzają Panu sen z powiek, to pozwolę sobie zapytać, co takiego rozhuśtuje nastroje kiedy pałuje się patriotyczne manifestacje, co rozhuśtuje nastroje kiedy wyciąga się z łóżek Bogu ducha winnych blogerów, kiedy skazuje się niewinnych ludzi, kiedy zamyka się pełniących swe obowiązki dziennikarzy, kiedy wysyła się bandziorów na modlące się pod krzyżem kobiety, kiedy zaprzedaje się pamięć i należną sprawiedliwość ofiarom smoleńskim?

Uważam za co najmniej niegodziwe Pańskie jasno wyrażane przekonanie, że ludzie tacy jak Ewa Stankiewicz, Grzegorz Braun i inni podjęli swoje działanie nie rozumiejąc, że mamy do czynienia z bandą łobuzów, dla których prowokacja jest narzędziem dnia codziennego. Czy w swym zadufaniu uważa Pan, że odkrył właśnie Amerykę?

A może zwyczajnie uważają oni, że jest to moment kiedy poniżenie sięgnęło poziomu, kiedy jest czas ostatni aby podnieść głowę?

Bywał Pan w świecie więc powinien słyszeć o zjawisku „civil disobedience” czyli obywatelskiego nieposłuszeństwa. Do takich działań dochodzi kiedy rząd i jego agendy łamią prawo lub zasady postępowania albo zwyczajnie mają za nic inne formy protestów obywateli. W takich przypadkach protestujący dochodzą do wniosku, że nie można prowadzić kalkulacji jakie prowokacje czy oskarżenia mogą nastąpić. Oczywiście dużo łatwiej dokonywać oceny ”braku mądrości” działań innych kiedy stuka się w bardzo opozycyjne klawisze, równie opozycyjnego komputera.

A tak na marginesie w temacie zarzucanego protestującym braku mądrości, to nie jest Pan wyrocznią, a Pański argument wcale nie jest taki „mądry” jak się Panu wydaje. Obwieszcza Pan proroczo, że „Okupacja PKW odwróciłaby uwagę od totalnej kompromitacji tego urzędu i była wyjątkowo na rękę jego członkom.” Skąd ma Pan taką pewność? A może wręcz przeciwnie, przywiodła by większa uwagę do sprawy wyborczego oszustwa? A mogłoby się tak stać gdyby zamiast wymądrzać się i strofować tych, którzy mieli odwagę, użył Pan posiadanych narzędzi w postaci prasy i telewizji i nadał ich działaniu rozgłos, informując ludzi o prawdziwych ich intencjach.

Większość z nas rozumie i w przeciwieństwie do Pana jestem pewny, że rozumieją to protestujący, że w tak ważnych poczynaniach potrzebna jest rozwaga i roztropność, ale same te cechy jeszcze nigdy nie przyniosły zmian w momentach historycznych zawirowań. Każde działanie przeciwko każdej odmianie dyktatury pociąga za sobą ryzyko zwiększenia represji z jej strony. Jeśli nie czuje się Pan jeszcze gotowy do takiego działania, to niech Pan przynajmniej skorzysta ze starej zasady, że czasem milczenie rzeczywiście ma wartość złota.

W starym filmie „Zakazane piosenki” jest taka postać człowieka, który wszystko załatwia stwierdzeniem – Ja się nie boję, ja tylko jestem ostrożny”. W takich chwilach zalecam Panu być ostrożnym po cichu.

Lech Zborowski
fot. Tomasz Gzell / PAP

 photo_2014-11-22_07-26-21


I co nam zrobicie ??? !!!

polszewiki_2


Lech Zborowski

ODMĘTY SZALEŃSTWA

Od pierwszego dnia wyborczego cyrku mam odczucie, że podróżując w czasie znalazłem się w jakimś kraju dawnej Ameryki Południowej, w którym jakaś kolejna junta organizuje przedstawienie pod tytułem wybory.

Wystarczy nawet pobieżny przegląd faktów w prasie, aby dowiedzieć się, że w jednym miejscu wygrywa kandydat, który nie istnieje, w innym rozdaje się zakreślone już karty wyborcze, kiedy indziej PKW ogłasza zwycięstwo określonej partii w regionie, z którego nie posiada jeszcze protokołu(!)

Do tego dorzucić trzeba niespotykany nigdzie indziej, wręcz nieprawdopodobny procent głosów uznanych za nieważne, czy też całą masę świadectw i relacji wyborczych manipulacji na szczeblu lokalnych komisji. A to przecież tylko kropla w morzu tego czego jesteśmy świadkami. O sprawie elektronicznego systemu PKW można by mówić bez końca.

I zanim jeszcze udało się nam otrząsnąć z niewątpliwego szoku zwrócił się do nas prezydent, który stwierdzić raczył, że wszyscy obywatele, którzy są zaniepokojeni tymi doniesieniami i domagają się aby natychmiast coś z tym zrobić są najzwyczajniej w świecie obłąkani. To zachowanie przypomniało mi bardzo stary dowcip, w którym pacjent zakładu zamkniętego podaje się za Napoleona i stwierdza, że świat zwariował tylko on jest normalny. Problem w tym, że w tej sprawie nikomu nie jest do śmiechu.

Oczywiście wspomniany wyżej szok dotyczy tylko rozmiaru arogancji Bronisława Komorowskiego, a nie faktu, że taką wobec Polaków prezentuje. Z całym spokojem kpi z nas, stwierdzając: „Gwarantami uczciwości i bezstronności są członkowie PKW…”
Dodaje też : „Po zakończeniu wyborów przyjdzie czas na ewentualne rozliczenia…”

To tak jakby siedząc w rozpędzonym autobusie, bez działających hamulców i prowadzonym przez szaleńca, spokojnie stwierdzić, że załatwimy te problemy zaraz po przybyciu do celu. I w tej surrealistycznej wręcz sytuacji wmawia nam się bezczelnie, że oto postradaliśmy zmysły. Szczerze mówiąc, to jedynymi, którzy ewentualnie postradali zmysły mogą być ci, którzy w te brednie uwierzą.

Bronisław Komorowski doskonale wie co mówi i robi. Nie ma tu przypadku. Tak więc „pociesza” nas, mówiąc: „Te głosy muszą być skutecznie i uczciwie policzone. Te głosy będą policzone skutecznie i uczciwie, mimo, że system zawiódł”. To stwierdzenie jest kolejna kpiną i obrazą obywateli, czyli pracodawców Bronisława Komorowskiego. Mam swoje zdanie zarówno co do skuteczności jak i uczciwości tego liczenia.

Sprawę zawodu systemu wyjaśnia natomiast dr. Witold Sokała: „Dzisiaj kwestią jest nie kiedy wyniki zostaną policzone, tylko kwestia jest taka, że wszystkie wyniki obecne w internecie, w systemie elektronicznym PKW są niewiarygodne (!)”

Dr. Sokała wyjaśnił w udzielonym wywiadzie nie tylko, że każdy średnio zaawansowany informatyk amator może bez problemu wejść do systemu i dokonać zmian w wynikach wyborczych, ale przypomniał porażający fakt, że zostało to już zrobione przez wielu internautów na zasadzie udowodnienia faktu!

Parafrazując słowa Bronisława Komorowskiego chciałoby się powiedzieć, że nie kwestionowanie uczciwości wyborów przez prezydenta wobec zaistniałych faktów to odmęty szaleństwa. Tak jednak nie jest. Ewentualne szaleństwo sugerowało by, że osoba nie wie co się wokół dzieje.

W jednym trzeba się z prezydentem Komorowskim zgodzić. Stwierdził on bowiem, że: „W sytuacjach trudnych miarą stosunku do państwa jest to , czy się je stabilizuje, czy świadomie je destabilizuje. Powinni to pamiętać wszyscy poważni politycy i kandydaci na poważnych polityków”. Nic dodać, nic ująć.

Lech Zborowski
fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta








Wszystkie prawa zastrzeżone • 2009-2014

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 424 obserwujących.