S t r o n a • byłych działaczy • Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża

Bulc Andrzej Gwiazda Andrzej Gwiazda Joanna Karandziej Jan Maciejewski Kazimierz Runowski Andrzej Walentynowicz Anna Wyszkowski Krzysztof Zborowski Lech


Lech Zborowski:
JAK DOSZŁO DO SIERPNIOWEGO STRAJKU CZYLI ODDZIELMY PRAWDĘ OD KŁAMSTWA [2]

Lech Wałęsa czyli największe

kłamstwo sierpniowej rewolucji

bolek_vJak już wcześniej pisałem, Lech Wałęsa w Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża wykazywał w rzeczywistości bardzo małe zainteresowanie aktywną działalnością. I chociaż przez całe następne lata lubił stwarzać wrażenie zasłużonego działacza, to jednak w oczach WZZowskich kolegów nigdy takim nie był. Na przełomie 79/80 był już bardzo rzadkim gościem na WZZowskich spotkaniach czy akcjach ulotkowych, a już w miesiącach poprzedzających sierpniowy strajk był postacią praktycznie niewidoczną w grupie.

W czerwcu 1980 roku, a więc zaledwie dwa miesiące przed wielkim strajkiem, miało miejsce bardzo istotne, chociaż mało znane zdarzenie, które pokazuje wyraźnie nastawienie Wałęsy do opozycyjnej działalności. Stanowi też pewne wprowadzenie do serii późniejszych, przed strajkowych jego zachowań.

Jednego dnia dotarła do WZZów krążąca w trójmieście ulotka jakiejś grupy osób, będąca bardzo dziwnym rodzajem protestu. Wyrażała sprzeciw przeciwko nie przyjmowaniu do pracy w milicji i służbie bezpieczeństwa wierzących katolików. Nikt w WZZach pewnie by się nad tym szczególnie nie zastanawiał gdyby nie fakt, że wśród podpisów pod tym dziwnym tworem widniał również podpis Wałęsy. Tego już było za wiele. Oczywiście zasadniczym pytaniem było – dlaczego rzekomy działacz opozycji uważał, że jakikolwiek wierzący katolik chciałby być pracownikiem komunistycznej bezpieki? Kielich goryczy przepełnił jednak inny aspekt tego wydarzenia.

Tak oto wspomina to Joanna Gwiazda: „Po wszystkich kłopotach z Wałęsą próbowaliśmy wywalić go za złamanie zasad WZZow, nie bawiąc się w argumenty i zawiłości psychologiczne. Na okazję nie trzeba było długo czekać. Mieliśmy umowę, że podpis pod jakimś (jakimkolwiek) oświadczeniem, musi być wspólną decyzją. Wałęsa podpisał oświadczenie bez konsultacji, a co gorsze, wiedział, że w sprawie tego oświadczenia już zapadła decyzja”.

Najbardziej charakterystyczną i wymowną okazała się jednak odpowiedź samego Wałęsy na ten zarzut. Zmuszony przez Gwiazdów do wyjaśnienia swego zachowania stwierdził wprost: „Słabo działacie i moje nazwisko dawno nie chodziło”. To wyznanie nie było żadnym szokiem dla WZZowskich działaczy. Przede wszystkim dlatego, że już dawno wiedzieli oni o tym, że Wałęsa nie był zainteresowany żadnym praktycznym działaniem, a tylko wspominanym „chodzeniem nazwiska”. Wałęsa starał się uchodzić za działacza, a nie być nim w rzeczywistości. A ponieważ taka postawa uwiarygadniania się za wszelka cenę bez konkretnego działania była typowa dla agentów bezpieki, toteż od dawna już, sam Wałęsa nie cieszył się zaufaniem większości kolegów.

Gwiazdowie mieli już takiego zachowania dosyć i kiedy wezwali Wałęsę na rozmowę zdecydowali się z nim pożegnać na dobre. Andrzej Gwiazda przekazał innym informację, że choć nie może zabronić nikomu kontaktów z Wałęsą, to jednak on sam oświadcza, że uważa Wałęsę za osobę nieistniejącą. Wśród młodszych kolegów nie tylko nikt nie miał z tym problemu, ale było oczywiste, że większość odetchnęła z ulgą. Byliśmy przekonani, że Wałęsa zniknie na zawsze. Bardzo szybko okazało się to tylko pobożnym życzeniem, gdyż już po krótkim czasie, w lipcu pojawił się on niespodziewanie na jednym z WZZowskich spotkań.

Okazało się, że jego powrót spowodował Bogdan Borusewicz, który wybłagał u Gwiazdów jeszcze jedną dla niego szansę. Joanna Gwiazda wspominała w swej książce: „ Wybronił go Borusewicz. Przekonywał, że to drobne przewinienie i że jeszcze raz powinniśmy mu darować. Następnym razem już nie będziemy tacy pobłażliwi. Następnego razu już nie było, ponieważ wkrótce wybuchł strajk w Stoczni”.

I rzeczywiście nie było następnego wyrzucenia Wałęsy, ale nie znaczy to, iż nie było następnego incydentu. Jak wspomniałem, pojawił się on na lipcowym spotkaniu w niedużym gronie, gdzie omawiano bardzo ogólnie pojawiające się w kraju strajki i oswajano się z myślą, że ich fala dotrze najpewniej do Trójmiasta. Wałęsa siedział w milczeniu i nie zabierał głosu. Było jasne, że po ostatniej reprymendzie Gwiazdów nie czuł się pośród nas zbyt pewnie. Kiedy wychodząc ze spotkania znaleźliśmy się w kilka osób na klatce schodowej, idący za nami Wałęsa stwierdził nieoczekiwanie, że on nie zamierza przyłączać się do jakiegokolwiek strajku. W pierwszym momencie nikt na to wyznanie nie zareagował, ale Walesa zaczął zaraz przekonywać nas abyśmy i my w razie ewentualnego strajku nie brali w tym udziału. I tego było już za wiele. Z każdej strony poleciały w jego stronę bardzo ostre słowa. Byłem jednym z tych, którym puściły nerwy. Rzuciłem Wałęsie pytanie, dlaczego nie powiedział tego na gorze w obecności Gwiazdów? Ktoś inny wręcz nazwał go agentem. Wałęsa wyraźnie nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Chciał tylko jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz. Doszło do malej przepychanki i kiedy wreszcie przedarł się i wybiegł, szybko zniknął. Byliśmy przekonani, że nie prędko go zobaczymy i przestaliśmy się nad nim zastanawiać. Jego późniejsze pojawienie się w stoczni było zaskoczeniem dla nas wszystkich.

Dlaczego przyszedł?

Od lat, wielu badaczy historii zadaje sobie pytanie – w jaki sposób Lech Wałęsa dostał się do stoczni w pamiętny czwartek, 14 sierpnia. Jest to pytanie istotne, zwłaszcza, że do tej pory sam zainteresowany nie potrafi na nie odpowiedzieć. Niemniej jest to moim zdaniem pytanie drugorzędne. Zasadniczym pytaniem jest to, którego Wałęsa boi się najbardziej – dlaczego i za czyją sprawą znalazł się tego dnia, tam, gdzie według wszelkiej logiki nie powinien był się pojawić?

Wbrew temu co wmawia nam się od wielu lat, nigdy nie było żadnego planu delegowania Lecha Wałęsy na przywództwo sierpniowego strajku! Nikt nigdy nie zaplanował obecności Wałęsy wewnątrz stoczni! Twierdzenie o przygotowaniu Walesy na przywódcę strajku jest kłamstwem, które powstało w ostatnich dniach strajku na użytek pojawiających się tam mediów, za sprawą głodnego popularności Jerzego Borowczaka.

Mówię to jako bezpośredni świadek powstawania strajkowych planów. Jestem jednak przekonany, że argumenty i fakty, które przedstawiam poniżej nie pozostawią żadnych wątpliwości. Jak wspomniałem, autorem tego kłamstwa jest Borowczak, który wbrew swym opowieściom, o przygotowaniach do strajku wiedział mniej niż mogło by się wydawać. Borowczak nie wiedział jakie przygotowania toczyły się poza stocznią. Przede wszystkim jednak jako człowiek praktycznie bardzo luźno związany z samymi Wolnymi Związkami, bo tylko poprzez znajomość z Bogdanem Borusewiczem, nie miał pojęcia o sytuacji wewnątrz tej grupy, a przede wszystkim o sytuacji Wałęsy.

Pod koniec strajku, kiedy w stoczni pojawiać zaczęły się ekipy rożnych mediów, w tym zagranicznych, Borowczak wyraźnie opętany smakiem piętnastominutowej sławy, biegł od jednego mikrofonu do drugiego, tworząc coraz to bardziej bajeczne kombatanckie historie. To własnie wówczas opowiadać zaczął jakoby Lech Wałęsa był oczekiwany w stoczni i zgodnie z jakimś tajemniczym planem objął dawno już przygotowane przywództwo strajku. Spośród wszystkich kłamstw i wymysłów Borowczaka to jest bezsprzecznie najbardziej absurdalne i pozbawione jakiegokolwiek sensu do tego stopnia, że nawet Bogdanowi Borusewiczowi początkowo zabrało wiele czasu aby raczej nieśmiało te absurdy wspierać publicznie. Co prawda swoim wieloletnim milczeniem pozwalał na tworzenie tego historycznego fałszu, ale początkowo go jednoznacznie nie wspierał.

Wersja historii według Borowczaka jest tak prosta jak bezsensowna. Według jakiegoś sekretnego planu on sam, obciążony wielka tajemnicą, miał czekać o szóstej rano przed bramą stoczni na przybycie „wielkiego” Lecha. Ten z kolei przerzucony przez płot miał znaleźć się w stoczni, w której nie pracował, gdzie jednak kilkanaście tysięcy ludzi czekało wiele lat na jego przybycie. Tam na samą wieść o przybyciu wybawiciela, cała stoczniowa brać, w której może kilkunastu kiedykolwiek o nim słyszało, miała iść w dwuszeregu obalać co się da, dla przyszłej chwały niejakiego Wałęsy, no i oczywiście Borowczaka.

Podobnie jak cała reszta zakłamanego życiorysu Wałęsy tak i ten absurd uległby z czasem weryfikacji, gdyby nie wyjątkowość tamtej sytuacji i następujące później wydarzenia. Trzeba pamiętać, że w tamtym momencie ważny był rozgłos jaki za sprawa mediów można było nadać naszej polskiej rewolucji. Nikt wiec nie zamierzał, ani też nie mógł wchodzić w szczegóły wynurzeń Borowczaka, czy jakiegokolwiek pędzącego za popularnością kłamcy. Te rzeczy nie miały w tamtym momencie znaczenia. W miarę upływu czasu okazało się, że powrót do prawdy stawał się jednak coraz trudniejszy. Wiele z powstałych w tamtym klimacie postrajkowej euforii nieprawdziwych opowieści, czy koloryzowanych opisów, dotyczyło rzeczy błahych i tym samym nie wartych korygowania. Okazało się jednak dość szybko, że powstały siły, które nie pozwalały na odkłamanie również tych prawd, które dla całej historii tamtego czasu były wręcz zasadnicze.

Jak było naprawdę?

Jak już wspominałem, Bogdan Borusewicz spieszył się bardzo aby zdążyć podjąć próbę strajku zanim dowiedziało by się o tym szersze grono działaczy Wolnych Związków. Namawiał więc trzech stoczniowców do wykonania jego planu wewnątrz stoczni. Oni sami wydawali się gotowi, ale wyrażali obawy czy dadzą sobie z tym radę. Prosili więc Borusewicza o wsparcie kogoś doświadczonego w działaniu. Borusewicz nie mógł zwrócić się z tym do WZZowcow, gdyż przecież ich własnie w tym czasie okłamywał, robiąc całą sprawę za ich plecami. Tak więc postanowił sprzedać chłopakom bajkę o Wałęsie. Żaden z trójki stoczniowców nie znał Wałęsy na tyle dobrze, aby znać prawdę o nim. Tak więc, Borusewicz postanowił namówić Wałęsę, aby z nimi porozmawiał. „Borsuk” wiedział, że Wałęsa lubił opowiadać barwne i bohaterskie historie o swoim udziale w wypadkach w grudniu 1970. Liczył więc, że te opowieści dadzą im wiarę w siebie i popchną do działania. Oni, a szczególnie Borowczak, pytali jednak naiwnie o jego bezpośredni udział w samym strajku. Borusewicz wiedział doskonale, że taka rzecz jest po prostu niemożliwa. Potrzebował jednak przekonać tych chłopaków i to przekonać ich szybko. Tak więc, odpowiadając na ich pytania sugerował, że Wałęsa pojawi się w stoczni aby ich wesprzeć. Natomiast w tym samym czasie w rozmowie ze Janem Karandziejem i ze mną tłumaczył, że musiał tak powiedzieć aby tamci trzej nie stracili zapału.

Muszę w tym miejscu wyraźnie zaznaczyć, że gdyby strajk przygotowywany był tak jak to miało być, przez całe WZZy, to jakikolwiek udział Wałęsy w tym przedsięwzięciu, a już szczególnie w roli lidera nie byłby możliwy. Po za wieloma innymi powodami, które przedstawiam poniżej, po prostu nikt w Wolnych Związkach na taką ewentualność by się wówczas nie zgodził. Była to kwestia zwykłego braku zaufania.

Bogdan Borusewicz po czasie znalazł się w o tyle niezręcznej sytuacji, że gdyby powiedział prawdę, to musiałby przyznać się, że wówczas zwyczajnie swych trzech kolegów okłamał. Nie mając jednak wsparcia dla swojej wersji historii wśród reszty wolnozwiązkowców, musiał trwać przy swoim kłamstwie, lawirując i kręcąc. Jednak jeszcze dwadzieścia lat później, bo w 2000 roku „Borsuk” mówił w jednym z wywiadów: „Dla mnie nie było istotne czy Walesa wejdzie, czy nie. Liczyło się, że ci młodzi chłopcy będą mieli świadomość, że on wejdzie, że będą mieli wsparcie. Ważne żeby rozpoczęli”.

Pięć lat później w swej książce naciąga już nieco tą wersję w stronę wynurzeń Borowczaka podając: „Miał wejść i wesprzeć”. Zaraz jednak dodaje: „Nie ustaliłem szczegółowo co miał robić, gdyż nie wiedziałem do końca czy się pojawi, ale deklaracja, że wejdzie, już tych chłopców uspokajała”. Ta deklaracja pochodziła jednak tylko i wyłącznie od Borusewicza, gdyż Wałęsa nigdy takiej obietnicy nie złożył.

Borusewicz mówi o tym wyraźnie w tym samym wywiadzie wspominając nastawienie Wałęsy: „Nie był nastawiony entuzjastycznie (…) Poleciłem Prądzyńskiemu, aby przed strajkiem co najmniej dwa razy odwiedził Wałęsę i go przekonywał (…) Prądzyński mi potem relacjonował, że Lech do końca nie wykazywał entuzjazmu”. Borusewicz prowadził z tymi chłopakami grę, gdyż wiedział doskonale, że udział Wałęsy w strajku był po prostu z punktu logiki niemożliwy. Jego późniejsze pojawienie się wynikało z całkowitej zmiany warunków i przyczyn tej decyzji. Ale o tym w dalszej części.

Borusewicz przyznaje sam, choć nie do końca świadomie, że planowanie przyjścia Wałęsy do stoczni byłoby krańcowym bezsensem. W tej samej książkowej relacji pisze on: „Nalegali żeby koniecznie wprowadzić jeszcze kogoś starszego. Żeby ich wsparł (…) Ja nie mogłem wejść, bo władza miałaby pretekst, żeby uderzyć. Wszedłbym, a bezpieka krzyczałaby: – A ty co, przecież nie pracujesz w stoczni, jesteś prowokatorem z KOR!”.

Borusewicz wie doskonale, że nie było wówczas absolutnie żadnej różnicy pomiędzy jego sytuacją, a sytuacją Wałęsy. Wałęsa również nie był pracownikiem stoczni i również był, a przynajmniej przedstawiał się jako działacz opozycji. Dlaczego więc bezpieka miała taką sytuację wykorzystać przeciwko Borusewiczowi, a nie uczynić tego w wypadku Wałęsy?

Podobną opinie znajdujemy w wydanym przez IPN albumie „ Gdański Sierpień’80”: „Nie wydaje się, by Wałęsę od początku typowano na przywódcę strajku. Po pierwsze nie był już pracownikiem stoczni i podobnie jak reszta członków WZZ nie mógł być pewny, że się dostanie na jej teren. Po drugie nikt nie wiedział, że stocznia stanie i stworzy strajk na tak wielką skalę”.

Zaraz po strajku w całej serii wywiadów Bogdan Borusewicz mówił wyraźnie o przydzielonej Wałęsie roli, ale nie była to jednak rola prowadzącego strajk. Borusewicz od początku twierdził, że Wałęsa był wyznaczony do rozdawania ulotek w porannych kolejkach jadących od strony Tczewa. Dokładnie to samo mówił w przedstrajkowych rozmowach z Janem Karandziejem i ze mną. Jeszcze w roku 2000 Borusewicz wspominał: „ Powołałem cztery grupy ulotkowe… Grupą działającą od strony Pruszcza Gdańskiego dowodził Lech Wałęsa”. Pięć lat później w innym wywiadzie mówi podobnie: „Przygotowałem cztery grupy ulotkowe, które miały od rana rozdawać bibułę w kolejkach elektrycznych. Jedną z tych grup miał prowadzić Wałęsa”.

Jednak już w tym samym roku w swej książce idzie nieco dalej i ustami prowadzącego wywiad, stawia pytanie, sugestię: „Miał rano rozdawać ulotki, a potem w Stoczni Gdańskiej organizować strajk, ale się spóźnił”. Borusewicz zdaje sobie wyraźnie sprawę z absurdu tego stwierdzenia i unika wchodzenia w ten temat, skupiając się na rzekomym spóźnieniu Wałęsy. Od tego czasu wprowadza on jednak tą własnie rozszerzoną wersję, mówiącą, że Wałęsa najpierw miał rozdawać ulotki, a potem przewodzić strajkowi. Tym samym stara się dość niezgrabnie wpasować w ustaloną propagandową wersję wydarzeń.

Nie mam jednak wątpliwości, że każdy rozumny człowiek, nawet jeśli nigdy nie miał styczności z działalnością opozycyjną zda sobie sprawę z bezsensowności takiego twierdzenia. Borusewicz każe nam wierzyć, ze wybrał najpierw przywódcę, bez którego nie może zaistnieć stoczniowy strajk, a potem wysłał go do rozdawania ulotek(?) Przyjmując tą absurdalną opowieść Borusewicza należałoby założyć, że gdyby Wałęsa pojechał ulotkować i został tam zatrzymany, to cały plan strajku Borusewicza legł by w gruzach, gdyż nie byłoby jedynego możliwego przywódcy. Niedorzeczność borusewiczowych wynurzeń jest niemal tak porażająca jak „ świadectwa” jego kolegi Borowczaka. Przypomnę w tym miejscu relację samego Borusewicza, który twierdził, że w akcji ulotkowej on sam nie mógł brać udziału z uwagi na własne bezpieczeństwo. Jak więc mógł wysłać do ulotkowania kogoś, kto w jego własnym planie miałby odegrać ważniejszą rolę niż on sam?! Dla pełnego świadectwa przypomnę na marginesie, ze Wałęsa nie pojechał oczywiście nigdzie i żadnej ulotki nie rozdał. Nie zorganizował, ani nawet nie powiadomił o akcji ulotkowej nikogo z własnej grupy, z którą miał to przeprowadzić.

W tym momencie pojawia się jeszcze jedna niezrozumiała kwestia. Otóż, Borusewicz opowiada często i dokładnie jak to musiał się jako organizator strajku ukrywać. To ukrywanie uważał za tak zwane, że jak sam twierdzi, rozpoczął je zanim jeszcze zwolniono Anne Walentynowicz, a więc zanim powstała przyczyna, dla której miał ten strajk podjąć(!) Tymczasem Lech Wałęsa, który miał rzekomo całe to przedsięwzięcie poprowadzić, spał spokojnie we własnym łóżku aż do chwili kiedy ten strajk zdążył się już rozpocząć (!) I na dodatek miał jeszcze jechać porozdawać trochę ulotek. Nie wiem czy Bogdan Borusewicz jest tak nierozumny, czy po prostu uważa za takich swoich rodaków?

Jest jeszcze inna przyczyna dla, której twierdzenie, że Wałęsa mógł być wyznaczony do prowadzenia strajku jest pozbawione sensu. Każdy kto przychodził do Wolnych Związków poznawał pierwszą i najważniejszą zasadę stosowaną w sytuacjach organizowania jakiegokolwiek protestu. Niezależnie jak małego czy jak dużego. Była to zasada, której przestrzeganie było podstawą działania. Zasada sprowadzała się do prostego założenia, że w żadnym pracowniczym proteście nie może być indywidualnego lidera!

Od tej zasady nie było wyjątków. Wystarczy przyjrzeć się WZZowskiej ulotce „Jak strajkować” załączonej do sierpniowego apelu w obronie Anny Walentynowicz. Nie ma tam ani jednego słowa o liderze strajku. Natomiast jest zalecenie stworzenia wieloosobowego komitetu strajkowego. Ulotka, instrukcja mówi wyraźnie o delegacji i komitecie strajkowym. Nie ma ani słowa o pojedynczym liderze i przewodniczącym jakiejkolwiek grupy.

ulotka jak strajkowac

Najbardziej interesującym może się wydać fakt, że największym proponentem tej zasady był własnie Bogdan Borusewicz. To on pouczał nas o konieczności jej bezwzględnego stosowania. Działacze WZZów przeprowadzili wiele akcji protestacyjnych w swoich zakładach pracy. Od protestu brygady do strajku wydziału. Zawsze w takich wypadkach byliśmy przestrzegani, aby nie wystawiać jednej osoby jako przewodzącej akcji, gdyż stwarzało to natychmiast zagrożenie nacisków i manipulacji. Bezpieka wykorzystywanie takich sytuacji miała opanowane do perfekcji. Stosowano je nawet w sytuacjach najmniejszych sprzeciwów.

Ja sam przekonałem się jak to działanie wygląda. Po zaledwie kilkomiesięcznej pracy w przedsiębiorstwie „Malmor”, które wykonywało prace malarskie na budowanych w stoczniach statkach, powstał mały bunt nowo uformowanej brygady, której byłem częścią. Młodzi ludzie czuli się oszukiwani przy naliczaniu zarobków i postanowili wystąpić z protestem do dyrekcji. Zostałem wybrany do napisania żądań, które mieliśmy przedstawić dyrekcji. Zgodnie z WZZowskimi zaleceniami wyczuliłem wszystkich na to, że nie ma pośród nas przywódcy i ze występujemy jako grupa, a w razie pytań będziemy odpowiadać na zmianę. Po kilku dniach cała brygada została wezwana do dyrekcji na rozmowę. Cała grupą czekaliśmy na korytarzu aż w pewnym momencie wyszła z gabinetu dyrektora kadrowa, wywołując po nazwisku pierwszego z nas. Próbowałem w pospiechu powstrzymać moich kolegów od wchodzenia na rozmowę pojedynczo, ale oni zachęcani przez szefową kadr dali się w tą pułapkę wciągnąć. Wewnątrz, dyrektor ściskał każdemu rękę, częstował kawą i papierosami, obiecując oczywiście załatwienie problemu. Nie zdziwiłem się więc kiedy wywołano mnie jako ostatniego. Kiedy wszedłem nie było oczywiście przywitania, ani tym bardziej kawy. Było za to wypowiedzenie umowy o pracę. Dyrektor wypytywał każdego z wcześniej wchodzących, kto prowadzi ten protest. Mimo tego, że niektórzy próbowali mówić, że takiego nie ma, to jednak przyznawali, że ja byłem autorem listu do dyrekcji. To oczywiście wystarczyło. Ja zostałem bez pracy, a brygadę rozbito i każdego z jej członków przyłączono do innych.

Jednak bezdyskusyjnie najlepszym i najbardziej wyraźnym przykładem niebezpieczeństwa, jakie niesie nie stosowanie zasady grupowego prowadzenia protestu, była własnie sierpniowa rewolucja(!)

Wiemy dzisiaj, że we wszystkich trzech miejscach w Polsce, gdzie podpisano porozumienia z komunistycznymi władzami, czyli Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu, liderzy tych strajków byli zaplątani w relacje z władzą i służbami bezpieczeństwa. Jeżeli więc Bogdan Borusewicz twierdzi, że z jednej strony uczył tej zasady młodych działaczy Wolnych Związków, a z drugiej zalecał Wałęsie wejście do stoczni i przyjecie na siebie roli przywódcy strajku, to trzeba zapytać, w której z tych dwóch sytuacji kłamał?

Kłamstwo jakoby Wałęsa był kiedykolwiek i przez kogokolwiek szykowany na przywódcę stoczniowego strajku jest tak prymitywne i nielogiczne, że nie ma sposobu by je obronić przyglądając się mu z bliska. Dlatego musiało być sprzedane jako oczywistość i jako taka zaakceptowane bez wchodzenia w szczegóły, gdyż te natychmiast wykazują tego kłamstwa niedorzeczność.

Przypomnę dla przykładu wspomniane wcześniej małe oczekiwania „organizatora” strajku Bogdana Borusewicza. Jak on sam twierdzi, oczekiwał w najlepszym wypadku zatrzymania jednego lub kilku wydziałów i ewentualne przekonanie pracowników, aby stanęli w obronie zwolnionej Anny Walentynowicz. Borusewicz w swej książce mówi wyraźnie: „Strajk był planowany do momentu przywrócenia Walentynowicz do pracy”.

Nawet główny zakłamywacz prawdy Borowczak przyznaje: „ Marzyłem o tym żeby choćby rozpocząć strajk, zrobić zamieszanie i pokazać, że jest garstka ludzi, którzy sprzeciwiają się zwolnieniu z pracy Anny Walentynowicz. Przez myśl mi nie przeszło żeby robić wielki strajk”. A jednak przez całe lata uparcie twierdzi, że Wałęsa miał się pojawić w stoczni i rozpoczynać strajk razem z nim.

Skoro miał to być mały strajk dotyczący wewnątrz stoczniowego problemu, to co miałby tam robić nie pracujący w stoczni Wałęsa? Rozprzestrzenienie się strajku na całą stocznię, a tym bardziej poza nią, nie było również częścią marzeń samego Borusewicza. Zastanówmy się więc, kto i po co chciałby w takim wypadku wprowadzać do stoczni człowieka, który nie był jej pracownikiem i od lat nie miał z nią nic wspólnego?

Załóżmy, że zgodnie z najbardziej optymistyczną wizją Borusewicza, jakiś wydział lub nawet kilka wstrzymuje pracę i grupa ludzi staje w obronie stoczniowej koleżanki. Jak ktokolwiek rozumny może w tym momencie planować wprowadzenie do stoczni obcego człowieka, aby brał w tym wewnętrznym sporze udział? Przypomnę, że Borusewicz odpowiedział na to pytanie wyraźnie, kiedy stwierdził, że on sam jako obcy, nie mógłby w takich okolicznościach się tam pojawić, bo byłby to pretekst dla dyrekcji zakwestionowania całego protestu. Dokładnie taką samą logikę trzeba stosować do założenia ewentualnego wejścia do stoczni Lecha Walesy.

Borowczak od początku opowiada o tym jak miał się z Wałęsą spotkać pod stocznią o szóstej rano i razem tam wejść. Jak czekał na Wałęsę przed bramą i ten nie przyszedł. Porównajmy to ze słowami samego Wałęsy. Sławomir Cenckiewicz przytacza w swej książce wypowiedź Wałęsy, świadczącą wyraźnie, że porannego przyjścia do Stoczni nie planował. Wałęsa mówi: „Gdybym próbował przyjść o szóstej, w żadnym wypadku bym się do stoczni nie dostał, bo miałem na stałe inwigilację”. Nawet jeśli założymy, że opowieść Wałęsy o stałej inwigilacji nie jest wymysłem jego chorej wyobraźni, to jednak nie zmienia faktu, że do stoczni się nie wybierał.

Prawdziwą perlą w tym temacie jest upubliczniony list elektroniczny Wałęsy adresowany do Borusewicza. W 2005 roku, Wałęsa napisał do niego: „…nie posuwaj się do kłamstw. Czy Ty pomyślałeś, że gdybym próbował zgodnie z ustaleniami dojść do stoczni, musiałbym być zatrzymany przez SB…”. Skoro Wałęsa zdecydowanie stwierdza, że wiedział doskonale, iż rano do stoczni nie mógł by wejść, to należny zapytać po co czekał tam na niego Jerzy Borowczak? Oczywiście absurd całego tego kłamstwa jest dużo bardziej rażący. Z jednej strony Wałęsa atakuje i zaprzecza swoim jedynym świadkom, Borusewiczowi i Borowczakowi, stwierdzając zdecydowanie, że nie mógł by tego ranka do stoczni wejść, z drugiej zaś mówi wyraźnie o jakiś ustaleniach, aby mieć uzasadnienie dla swojego późniejszego pojawienia się tam. To kłamstwo jest tak nieskładne, że aby się w nim znaleźć kłamcy muszą zaprzeczać sobie wzajemnie. I tak własnie wygląda cała ustalona historia tamtych chwil.

Cała sprawę komplikuje nieco także inny fakt. Otóż, kiedy sierpniowy strajk stał się faktem i wymknął się władzy spod kontroli, powstała zupełnie nowa i nieoczekiwana sytuacja. Cała uwaga strajkujących skupiła się na szansie stworzenia Wolnych Związków Zawodowych. Prostowanie takich czy innych kłamstw w tym momencie nie tylko nie miało sensu, ale też nie było możliwości aby to czynić. Tak więc nie mając innej alternatywy, nawet tacy działacze WZZow jak Joanna i Andrzej Gwiazdowie czy Anna Walentynowicz, musieli oficjalnie „ przyjąć” twierdzenie Borusewicza, że Wałęsa miał być w jego planie przywódcą strajku. Przez długi czas nawet oni, mówiąc o przyjściu Wałęsy do stoczni, mówili o jego spóźnieniu. To miało być równoznaczne z faktem, że miał się on tam pojawić. Jak już wcześniej pisałem, żaden z nich przy omawianiu planów przez „Borsuka” nie był. Z całej naszej grupy jedynymi świadkami tych planów byli Jan Karandziej i autor tych wspomnień. Musiało minąć wiele czasu aby tą sprawę wyprostować chociażby wewnątrz WZZowskiej grupy. Dlatego też w niektórych, zwłaszcza starszych relacjach, znaleźć można wypowiedzi wspomnianych liderów WZZów, mówiące o tym, że Wałęsa się na strajk spóźnił. Niestety nie jest to prawda, a takie ich stwierdzenia wynikają z faktu, że nie mając innych informacji nie mogli zaprzeczyć wersji Borusewicza i przez jakiś czas powoływali się na jego fałszywe zeznania.

Należy też spojrzeć na sprawę udziału Wałęsy w strajku z perspektywy tego, czego wówczas w Wolnych Związkach mogliśmy się tylko domyślać, a co dzisiaj jest już powszechnie znanym faktem. Jeżeli nawet dla chwilowego dobra rozważań założymy wbrew wszelkiemu rozsądkowi, że Lech Wałęsa przerwał w roku 1976 swoją współpracę z bezpieką, to czy jakikolwiek myślący człowiek może uwierzyć, że mógł on się wówczas pojawić na strajku i narzucić swoje jednoosobowe przywództwo bez zgody albo nawet poparcia służb bezpieczeństwa? Czy ktoś mający taką ciemną plamę na swoim życiorysie, która można go było bez trudu zdyskredytować, mógł stanąć naprzeciw komunistycznej bezpieki i powiedzieć, że od tej pory będzie występował przeciw niej?

Czy taki ktoś mógłby odegrać jakąkolwiek rolę w tamtejszym strajku, zachowując jednocześnie w tajemnicy fakt swej wcześniejszej agenturalności, bez przyzwolenia tych, którzy mogli ten fakt bez trudu ujawnić? Czy ktoś mógłby twierdzić, że Wałęsa znalazł się na strajku jako działacz opozycji i jednocześnie logicznie wytłumaczyć dlaczego bezpieka w żadnym momencie strajku nie ujawniła jego współpracy?

I wreszcie to co najważniejsze, czy Wałęsa sam wystawił by się na takie niebezpieczeństwo ujawnienia jego moralnego upadku, stając pośród kilkunastu tysięcy protestujących stoczniowców? Czy pojawiłby się w stoczni, nie mając pewności, że nic mu nie grozi?

Lech Walesa przychodząc na strajk w stoczni miał za sobą lata agenturalnej współpracy z komunistyczną bezpieką. Nawet jeżeli ciągle obstawać będziemy przy mało prawdopodobnym przekonaniu, że tą współprace przerwał, to nie otrzymując zgody bezpieki nie tylko nie mógł wiedzieć, że ta go nie zdemaskuje, ale wręcz mógł być pewnym, że tak się własnie stanie. Tak więc dla każdego myślącego człowieka musi być oczywiste, że decydując się na pojawienie w stoczni, musiał taką zgodę lub nawet zalecenie uzyskać. Jeśli tak, to musiał też otrzymać do wykonania określoną rolę. Osobiście uważam, że trzeci dzień strajku odpowiedział na pytanie o jaką rolę mogłoby chodzić.

Nie twierdzę, że nie było wypadków kiedy ktoś zaprzestał donoszenia bezpiece i uznany przez nią za osobę już nie przydatną nie mógł prowadzić w miarę normalnego życia. Taka osoba musiała by jednak trzymać się w cieniu, z dala od interesujących bezpiekę wydarzeń. Założenie, że ktoś mógł najpierw być płatnym donosicielem służby bezpieczeństwa, a później stanąć na czele społecznego buntu przeciwko tej samej bezpiece, jest całkowicie absurdalne i niemożliwe do obrony.

Tak więc stworzona już po strajku opowieść Bogdana Borusewicza o tym, że w jego planach Lech Wałęsa miał wejść do stoczni, w której nie pracował i stać się przywódcą strajku, którego nie chciał i który go zupełnie nie dotyczył, przedstawia nam dwie możliwości. Albo „Borsuk” okłamywał trzech stoczniowców obiecując im wejście Walesy i z czasem pozostał przy tym twierdzeniu dla celów propagandowych, albo z sobie tylko znanych powodów zamierzał wbrew wszelkim zasadom, przekonaniom innych WZZowcow i jakiejkolwiek logice, rzeczywiście wprowadzić do stoczni Wałęsę. Zważywszy jego dziwny pośpiech i ukrywanie terminu strajku przed działaczami WZZow, ta druga możliwość jest całkiem prawdopodobna. Gdyby ją jednak przyjąć za rzeczywistą, to pytania, które należałoby wówczas postawić stają się dużo poważniejsze, a za podstawowe należało by uznać pytanie – komu takie przedsięwzięcie miałoby służyć?

W tym kontekście szczególnie dziwnie brzmi wypowiedz Borusewicza z roku 1991. W wywiadzie pt. „Szara eminencja”, tłumacząc dlaczego wybrał Wałęsę na przywódcę strajku Borusewicz mówi między innymi: „ Musiał to być też ktoś do zaakceptowania przez drugą stronę – czyli dla władzy. Wałęsa był najlepszym kandydatem(!)”.

Nie można w tym momencie nie zapytać, jakie to warunki spełniał zdaniem Bogdana Borusewicza w oczach wspomnianych władz Lech Wałęsa, że wydal mu się idealnym kandydatem? Skąd Bogdan Borusewicz wiedział, że władze takich własnie warunków oczekują? A przede wszystkim, dlaczego Borusewicz uważał za konieczne spełniać domniemane wymagania władz, przeciwko którym organizować miał własnie stoczniowy protest?

Nikt nic nie wie

Bogdan Borusewicz tworząc swą kombatancką historię przekonuje nas od samego początku, że dzięki jego wybitnym konspiratorskim umiejętnościom bezpieka nie wiedziała o planach wywołania strajku. To przekonanie jest tak gigantyczną bzdurą, że trudno przyjąć, iż on sam w to wierzy. Gdyby przyjąć jego rozumowanie, to należało by zacząć od pytania, po co więc się ukrywał? Jeśli bezpieka trwała w dziecinnej nieświadomości, wykiwana przez konspiracyjne zagrywki wielkiego Borsuka, to mógł on wzorem Wałęsy spać spokojnie we własnym łóżku i na dodatek jeszcze drukować tysiące ulotek we własnym mieszkaniu. Najważniejsze jest jednak to, że Borusewicz doskonale wie, iż wszelkie mrzonki o utrzymaniu czegokolwiek w tajemnicy, skończyły się z chwilą kiedy o swoich „sekretnych” planach poinformował Lecha Wałęsę. W Wolnych Związkach Borusewicz używał Wałęsę podobnie jak całe WZZy do swych własnych celów, ale nie miał do niego większego zaufania niż cała reszta grupy. Znał on doskonale wszystkie problemy związane z Wałęsą, które doprowadziły do całkowitego braku zaufania wobec jego osoby. On sam, od dawna nie informował Wałęsy o niczym ważnym i nie wtajemniczał go w swoje sprawy. Znał też sprawę jego wyznania dotyczącego donoszenia na stoczniowych kolegów w czasie strajku w grudniu ’70. Teraz postanowił nagle wtajemniczyć go w plany takiego samego strajku, w tej samej stoczni, w której jeszcze pracowali ci, na których dziesięć lat wcześniej donosił jego pupil?

Borusewicz mimo zdecydowanej opinii, nigdy publicznie nie odważył się nazwać Wałęsy agentem. W swej książce na konkretne pytanie: Czy Bolek to Lech Walesa? - Borusewicz żenująco wręcz się asekurując, wykręca się stwierdzeniem: „Odpowiem tak: „Walesa kiedy się do mnie zgłosił, był człowiekiem uczciwym”.

Tak wiec należy w tym miejscu przypomnieć, że już trzy dni po zakończeniu sierpniowego strajku(!) ten sam Borusewicz planował wraz z Kuroniem wyrzucenie Wałęsy z roli lidera powstającej Solidarności przez publiczne ogłoszenie go agentem bezpieki(!) Szczegóły tego planu opisał Krzysztof Wyszkowski. Wrócę do tego zagadnienia w dalszej części.

Nie ulega wątpliwości, że Borusewicz miał o związkach Wałęsy z bezpieką jednoznaczne zdanie. Tymczasem dzisiaj każe nam uwierzyć, że w sierpniu wyznaczył do roli lidera strajku człowieka, którego trzy tygodnie później zamierzał publicznie ogłosić agentem? Coś tu wyraźnie nie gra. Jeżeli przyjąć, że Borusewicz postanowił uczynić byłego donosiciela bezpieki swoim zaufanym przy organizacji tego strajku, to znaczy jednoznacznie, że na utrzymaniu tajemnicy przed bezpieką wcale mu nie zależało. I tu możemy się tylko domyślać, dlaczego? Jeżeli połączymy to z faktem, że w tym samym czasie starał się za wszelką cenę utrzymać wszystko w tajemnicy przed działaczami Wolnych Związków, to lista poważnych pytań mocno się wydłuża.

W tym momencie należy przywołać relacje Krzysztofa Wyszkowskiego. W swoim artykule „ Solidarność jako Nieciekawość” pisze: „Ale może ważniejsze jest pytanie, kto poza działaczami WZZ, wiedział o planie akcji strajkowej? Skoro Borowczak rozmawiał o strajku z uczniami stoczniowej szkoły przyzakładowej, to trudno sadzić, że wszyscy inni zachowali tajemnice. Dowodzi tego relacja działacza Związku Metalowców (CRZZ), do którego należeli stoczniowcy, który stwierdził, że w niedzielę 10 sierpnia 1980 r. odwiedził go w domu Wałęsa, uprzedzając, że WZZ proklamuje strajk i zastrzegając, że on sam jest temu przeciwny(!) ponieważ sytuacja jeszcze nie dojrzała”.

Warto przy okazji zwrócić uwagę na datę. Według większości opowieści Bogdana Borusewicza, miał on Wałęsę powiadomić o planach strajku własnie tego dnia czyli w niedzielę, ale dopiero około północy, na tak często przywoływanym spotkaniu u Piotra Dyka. Tymczasem Wałęsa powiadomił o tych planach wspomnianego związkowca w ta sama niedziele, czyli musiał to zrobić przed tym, kiedy sam się o tym oficjalnie dowiedział. Tak wiec albo wiedział wcześniej, albo jest to następny dowód na to, ze cała opowieść Borusewicza zmienia się zależnie od potrzeb.

Anna Walentynowicz po wielu latach w jednym ze swoich wywiadów mówiła też, iż okazało się z czasem, że: „…dyrektor stoczni otrzymał informację o strajku włożona mu pod drzwi [rano 14 sierpnia]”. Sam dyrektor Klemens Gniech wyznał po latach, że nie był strajkiem zaskoczony.

Krzysztof Wyszkowski kończy swój tekst pytaniem: „Skoro o planie strajku wiedzieli działacze CRZZ, to czy można przypuszczać, że nie znały go władze polityczne? A cała, postawiona w tym czasie w stan gotowości bojowej potęga agenturalno-podsłuchowa Służby Bezpieczeństwa i Wojskowej Służby Wewnętrznej też niczego nie wiedziała? A jeżeli wiedziała, to biernie czekała na rozwój wydarzeń?

W książce „SB a Lech Walesa”, Sławomir Cenckiewicz przywołuje raport Wydziału „B” KW MO w Gdańsku z obserwacji bram stoczniowych (nr 2 i 3) 14 sierpnia już z wczesnych godzin rannych. Trudno więc założyć, że bezpieka podjęła obserwację stoczni nie mając pojęcia o planowanym strajku.

Dla mnie samego trudnym do uwierzenia jest również to, że sam Borusewicz mógł tego wszystkiego nie widzieć, a tym bardziej nie rozumieć. Można go uznawać za osobę nie szczerą i o wątpliwych wartościach moralnych, ale nie jest on człowiekiem głupim. Tak więc cała jego postawa z niezrozumiałym pośpiechem, dezinformowaniem i oszukiwaniem działaczy WZZów oraz rzekomym wyborem Wałęsy jako współspiskowca, stawia więcej pytań i domysłów niż przynosi odpowiedzi. Być może mocno zdezorientowany Borowczak tego nie rozumie, ale zarówno Borusewicz jak i sam Wałęsa wiedzą doskonale, że w momencie planowania strajku założenie, że ten ostatni może sobie spokojnie wejść i buszować po obcym zakładzie pracy bez zgody bezpieki, jest krańcowym idiotyzmem.

Wałęsa i „cudowna przemiana”

Pojawienie się Wałęsy w stoczni jest niczym innym jak „cudowną przemianą”. Człowiek, który dziesięć lat wcześniej podczas takiego samego protestu wydawał w ręce bezpieki swoich stoczniowych kolegów i przez co najmniej sześc lat zamieniał ich krzywdy na esbeckie pieniądze, pojawił się nagle na takim samym strajku, w tym samym miejscu(!), aby tym razem wystąpić przeciwko tym, którzy jeszcze niedawno mu za jego łajdactwo płacili?

Jest wielką tragedią, że tak wielu uznało to, nie tylko za możliwe, ale wręcz za logiczne i jak najbardziej prawdopodobne. Wałęsa nie tylko tej „cudownej” przemiany dokonał, ale uczynił to wręcz błyskawicznie, bo praktycznie jednego czwartkowego poranka. Przez cały czas bezpośrednio poprzedzający strajk, nie tylko wzbraniał się przed samą myślą o możliwym społecznym wybuchu, ale narażając się na oskarżenia o agenturalność pośród swych WZZowskich kolegów, robił wszystko aby do tego nie doszło. Jeszcze poprzedniego wieczoru nie był w stanie wydusić z siebie żadnej deklaracji nawet wobec kompletnie ogłupionego Borowczaka.

Paweł Zyzak w swej książce poświęconej Wałęsie przytacza wypowiedź znajomego i sąsiada Wałęsy, Józefa Drogonia, który twierdził wręcz, że jego sąsiad: „ukrywał się przed możliwością wciągnięcia go w szykująca się rozróbę. Tłumaczył mu, że ze zdobytych przez niego informacji wynika, iż władze gotowe są pójść na całość w wypadku zamieszek”. Jeżeli wierzyć relacji Drogonia, to po pierwsze należy zadać pytanie skąd Wałęsa posiadać miał takie informacje? Przecież jak już wielokrotnie wspominałem Borusewicz i Borowczak przekonują do dzisiaj, że władze o nadchodzącym strajku nic wiedzieć nie mogły.

W następnej kolejności wrócić musimy do pytania zasadniczego, co zdarzyło się pomiędzy tym paraliżującym Wałęsę strachem jednego dnia i rzekomym bohaterskim skokiem przez mur stoczni dnia następnego? Jak to możliwe, że ten sam człowiek ukrywający się przed czymkolwiek co mogło nastąpić i broniący się do ostatniej chwili przed wplataniem w jakikolwiek protest, już następnego ranka wbiegł na słynną koparkę z bojowym okrzykiem? Co wiec zdarzyło się pomiędzy jego mieszkaniem na Stogach, a stocznią w czwartek 14 sierpnia? Co spowodowało to wewnętrzne „przebudzenie”?

Osobiście nie mam żadnych wątpliwości, że odpowiedzią na to pytanie jest wypowiedź Anny Walentynowicz, która w jednym z wywiadów stwierdziła wprost: „Walesa wtedy zamiast przyjść do stoczni zrobić strajk (ponieważ znał teren stoczni i nic mu nie groziło), pojechał do dowództwa Marynarki Wojennej, do Janczyszyna. Wtedy nie wiedzieliśmy gdzie pojechał, ale dzisiaj już wiemy i dlatego ja śmiało mogę powiedzieć, pojechał tam”. Pani Ania dodaje również pytanie: „Dlaczego pojechał do przeciwnika w chwili organizowania strajku? „Główny opozycjonista” w takiej chwili jedzie do przeciwnika?” W tym świetle, również informacja o przywiezieniu Wałęsy do stoczni motorówka Marynarki Wojennej już w czasie trwania strajku, układa się w wyraźna całość z resztą faktów.

Zacznijmy jednak od prześledzenia drogi Lecha Walesy do stoczni, w ten pamiętny czwartek 14 sierpnia 1980 roku na podstawie jego własnego świadectwa. Nie jest to wbrew pozorom łatwa sprawa. Jesteśmy świadkami wyjątkowo dziwnej sytuacji. Na skutek działania dobrze zorganizowanej propagandy, kazano nam przyjąć absurdalną wersję wydarzeń podaną przez trzech europejskiej sławy rewolucjonistów i jednocześnie jedynych zaakceptowanych świadków. Bogdan Borusewicz jest człowiekiem ostrożnym i woli nie mówić zbyt wiele. Kiedy jednak mówi, to każda wersja jest inna i wydaje się zależeć od dnia tygodnia. Tydzień Borowczaka jest z reguły równy i bzdury, które opowiada są równie bezsensowne każdego dnia tygodnia. Jedynym założeniem bezmyślnego klepania Borowczaka jest wychwalanie Wałęsy. Często niezależnie od tego, czy pasuje to samemu idolowi. Natomiast to co jest najbardziej zdumiewające, to fakt, że Wałęsa jest chyba jedynym światowej sławy „bohaterem”, który nie pamięta jak swego bohaterskiego czynu dokonał. My zaś jesteśmy z pewnością jedynym narodem, który takiego bohatera zaakceptował bez zadania mu choćby kilku najprostszych pytań.

Wałęsa wielokrotnie powtarzał, że dotarcie do stoczni utrudniała mu akcja całej armii agentów bezpieki. Sławomir Cenckiewicz w swojej książce „SB a Lech Wałęsa” przytacza wypowiedź Wałęsy: „Obstawę miałem szczelną, widziałem ich w samochodzie, byłem dobrze pilnowany”. Gdzie indziej znów mówi: „Gdybym próbował przyjść o szóstej, w żadnym wypadku bym się do stoczni nie dostał, bo już miałem na stale inwigilację”.

O tej rzekomej inwigilacji Wałęsa mówił później często w udzielanych wywiadach. W wywiadzie dla słynnej włoskiej dziennikarki Oriany Fallaci, Wałęsa poszedł dużo dalej i stwierdził: „Problem polegał na tym, że czterech panów, to jest czterech milicjantów śledziło mnie dniem i nocą”. Okazuje się nagle, że bezpieka najwyraźniej bała się, że dzielny Lech wywoła jakiś strajk w środku nocy i obali komunizm w czasie kiedy władze będą w głębokim śnie. To już zwyczajny obłęd. Nawet jeżeli ulegniemy chwilowemu otępieniu wałęsowymi wynurzeniami i przyjmiemy, że bezpieka chciałaby z jakiś bliżej nieokreślonych powodów pilnować Walesy w czasie dnia i przy świetle księżyca, to nasuwa się nieuniknione lecz zasadnicze pytanie.

Dlaczego bezpieka zamiast Wałęsę zwyczajnie zatrzymać na często praktykowane 48 godzin, miała by wysłać za nim całą brygadę agentów? Dlaczego agenci bezpieki mieli by wędrować za Wałęsą po całym Gdańsku i kiedy zbliżyłby się na kilka metrów do stoczniowej bramy rzucić się na niego, nie dopuszczając go do obalenia komunizmu? Taka teoria jest po prostu żałosna. Przez cały okres działania Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, bezpieka stosowała wypróbowaną metodę prewencyjnych zatrzymań na 48 godzin. Czyniła to przed każda organizowaną manifestacją, przed każdą rocznicą ważnych historycznych wydarzeń, a czasem nawet tylko po to, aby nie dopuścić do jakiegoś małego spotkania. Przed organizowanymi przez WZZy obchodami rocznic wydarzeń grudnia ’70 działacze związków musieli ukrywać się na wiele dni przed planowaną akcją, a i tak wielu z nich kończyło w aresztach. Opisy tych zatrzymań można znaleźć we wspomnieniach niemal wszystkich działaczy WZZow, w tym samego Wałęsy. Jak to więc możliwe, aby w przypadku nieporównywalnie większego zagrożenia, bo przecież chodziło o możliwość wybuchu strajku, bezpieka zrezygnowała z takiego działania? Dlaczego w tak ważnym momencie postanowiłaby uskuteczniać niezrozumiałe wędrówki za nim?

Opowieści Wałęsy nie czynią żadnego sensu. Jeżeli by nawet zrezygnować na chwilę z podstawowej logiki i przyjąć, że bezpieka postanowiła nagle, w najważniejszym dla niej momencie, bawić się z Wałęsą w berka, to trzeba by zapytać dlaczego własnie z nim? Dlaczego na celowniku bezpieki miałby znaleźć się własnie Wałęsa, zupełnie wówczas w WZZach niewidoczny? Przecież zarówno Borowczak jak i Borusewicz twierdzą uparcie, że nikt o ich tajnych planach nie wiedział. Wałęsa był tak bardzo „tajny”, że nie uważał za potrzebne wcześniej się ukryć. Spał spokojnie w domu. Dzisiaj mamy przyjąć, że rano kiedy cała bezpieka chodzić miała za nim, aby nie dopuścić do wybuchu jakiegoś społecznego protestu, on sam wyspawszy się solidnie, wstał, spokojnie zjadł śniadanie i wyszedł równie spokojnie obalić jakiś wredny system. A tu nagle samochody pełne bezradnych funkcjonariuszy jadą całą kolumną za tramwajem, który jeszcze na dodatek im się po drodze urywa, gubiąc obstawę. Myślę że nawet w wypadku Wałęsy, musi być jakaś granica głupoty, którą możemy tolerować. Przecież mowa jest, o uznaniu za prawdziwe, bardzo istotnych zdarzeń naszej najnowszej historii.

Przy tej okazji dla porównania przytoczę też wypowiedź Andrzeja Gwiazdy, który w swej książce wspomina: „Jest wiele zdarzeń świadczących o tym, że strajk sierpniowy był prowokowany. Na przykład zdjęto mi obstawę 14 sierpnia, w dniu rozpoczęcia strajku w Stoczni Gdańskiej”. Można się zgadzać z założeniem sprowokowania strajku lub nie, ale faktem jest, że ani w dniu wybuchu strajku, ani tez w poprzednich dniach nie zatrzymano ani jednego działacza Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża (!)

Plot, mur, brama, dziura i inne bzdury

Jest zdumiewającym fakt, że jako naród uznaliśmy za symbol naszej sierpniowej rewolucji człowieka, który nie potrafił przez ponad trzydzieści lat opowiedzieć choćby jednej spójnej i sensownej wersji, jak i kiedy pojawił się na strajku. Tym własnie, który go miał tym symbolem uczynić. Sprzeczności w jego opowieściach są nieprawdopodobnie rażące. Czy jest wśród nas ktoś, kto brał w tamtych wydarzeniach udział i nie potrafiłby powiedzieć jak się tam znalazł i co robił? Powstało tysiące dokładnych relacji ludzi zaangażowanych wówczas w protesty w całej Polsce. Tylko ten jeden, jedyny i najważniejszy nie potrafi takiej relacji przekazać. Trzeba by dziś osobnej książki na wykazanie wszystkich sprzecznych bzdur jakimi karmi nas od lat Lech Wałęsa. Jeżeli jednak nasza historia ma być czymś więcej niż tylko spisem kilku zakłamanych relacji, to nie możemy przechodzić obok tego obojętnie. Przyjrzyjmy się więc choć części z nich.

Niemal od samego początku, opowiadając o swoim przybyciu do stoczni Wałęsa mówi o spóźnieniu. To pozorne przyznanie się do rzekomego spóźnienia jest sprytną zagrywką propagandową. Ma z niej wynikać, iż był on od początku częścią planu i że jego pojawienie się na strajku nie było spowodowane innymi przyczynami. Niestety to fałszywe założenie, przyjęło się jako obowiązująca prawda. Odniosłem się już do tego wcześniej, więc nie będę tego robił ponownie w tej części. Jednak mówiąc o jego rzekomym „ spóźnieniu” będę to określenie brał w cudzysłów, gdyż jak już powiedziałem, o żadnym realnym spóźnieniu nie może tu być mowy.

Podawane przez Wałęsę przyczyny jego „spóźnienia”, są taką samą mieszaniną bezmyślnego bełkotu i nieudolnego kłamstwa, jak cala reszta jego historii. Wydaje się niemożliwe, że po poznaniu choćby kilku z wielu tych wymówek, ktokolwiek mógłby traktować tego człowieka poważnie. Dlatego też, nie mam wątpliwości, że przyczyną akceptacji Wałęsy i jego fałszywej historii, jest ogólna nieznajomość faktów. A to już jest wynik planowej i długotrwałej propagandy, rozpoczętej już w pierwszych dniach sierpniowego strajku.

Wśród wielu podawanych przez lata przez Wałęsę przyczyn rzekomego „spóźnienia” nasz narodowy skarb przytacza tak genialne jak to, ze musiał iść do urzędu zarejestrować dziecko, które mu się własnie urodziło (?!) Nawet jeżeli wyłączymy na chwilę pracę naszych szarych komórek i wejdziemy z tym niemądrym stwierdzeniem w rozważania, to należy przypomnieć, że nasz „bohater” opisując swoja drogę do stoczni wyraźnie przyznaje, że do żadnego urzędu w końcu tego ranka i tak nie poszedł. A to tylko początek absurdu, gdyż w innym miejscu tłumaczy nam, ze musiał posprzątać mieszkanie (?!) Jakby tego było mało, to kiedy indziej mówi swojemu znajomemu, że „ spóźnił” się ponieważ był u kogoś na kawie (?!)

Udzielając wywiadu Orianie Fallaci próbuje brzmieć bardziej dramatycznie, wiec stwierdza, że przez dzień i noc pilnowany był przez czterech milicjantów. Po jakimś czasie najprawdopodobniej zdał sobie sprawę z idiotyzmu tych wyznań i zastąpił je stwierdzeniem, że nie pamięta dlaczego się „spóźnił”. Nie sądzę, aby większe bzdury mógł wymyślić nawet największy wróg Lecha Wałęsy. Spędzanie zbyt wiele czasu na wykazywaniu niedorzeczności tych twierdzeń nie ma sensu. Ważniejsze jest tutaj zupełnie coś innego. Najistotniejszy jest fakt, że człowiek, który w tamtym czasie stawał się jednym z najbardziej znanych na świecie strajkowych przywódców, nie potrafił nigdy odpowiedzieć na tak podstawowe pytania, dotyczące własnie tej najważniejszej chwili jego życia. A nie mógł tego zrobić z tego prostego powodu, że cała jego kariera jest zwykłym oszustwem, które nastąpiło tak błyskawicznie i nawarstwiło się tak bardzo, że jego intelektualne możliwości nie pozwoliły mu na przygotowanie się na wszystkie „kłopotliwe” pytania. Przy tym chroniony przez rożne służby, usłużne media i całą masę otaczających go karierowiczów, nie często zmuszany był do wchodzenia w szczegóły swych opowieści.

Ta sama niemożliwość zapamiętania swych własnych kłamstw dotyczy opisu słynnego już rzekomego skoku przez plot. Skoku, który dla każdego myślącego i przede wszystkim doinformowanego człowieka nigdy nie miał miejsca. W całej serii wałęsowych wspomnień pojawia się niemal każda możliwość. Raz był to plot. Innym razem mur. Kiedy indziej brama, a jeszcze innym razem dziura w plocie. We wspomnieniach Lecha Walesy każda z tych możliwości pojawia się co najmniej kilkakrotnie. Słynny skok stał się symbolem i legendą, a jednak jej bohater nie potrafi jednoznacznie pokazać czy było to na przykład sto metrów na prawo od bramy, pięćset metrów na lewo, czy tez jeśli była to brama, to która? I nie można powiedzieć, że nasz bohater zapomniał, gdyż się nad tym nie zastanawiał. Przemawiając w Kongresie Stanów Zjednoczonych w 1989 roku mówił wyraźnie: „Otóż, wyrzucony wtedy z pracy za wcześniejsze próby zorganizowania robotników do walki o ich prawa przeskoczyłem plot i wróciłem do stoczni. Tak to się zaczęło. Kiedy myślę o drodze, jaką przeszliśmy, często wspominam (!), jak przeskakiwałem przez ten płot”.

Jak więc jest to możliwe, że ten sam człowiek, który często wspomina jak przeskakiwał ten płot nie wie czy był to rzeczywiście płot, brama, mur czy dziura? I znów, ten sam problem. Gdyby wszystkie te wersje były uczciwie przekazane Polakom w mediach, to nasze spojrzenie na tego człowieka, a co za tym idzie na naszą historię, byłoby zupełnie inne. Ktoś kiedyś próbował przekonać mnie, że są to nieistotne szczegóły. Byłoby tak być może, gdyby nie były to jedyne szczegóły, które mogą udowodnić, że Wałęsa przyszedł do stoczni z własnej woli i wbrew zaleceniom bezpieki. On sam własnie dlatego umieścił te wydarzenia w swym życiorysie. On tylko nie chce abyśmy zauważali tych wynurzeń absurdalność.

Nie lepiej jest w przypadku opisu jak i kiedy dotarł on pamiętnego czwartkowego dnia w okolice stoczni. W swoich wspomnieniach pisze: „Na strajk zajechałem tramwajem. Sam. Przeważnie w decydujących momentach człowiek jest sam. Miałem trochę czasu. Przez głowę przelatywały mi rożne myśli. Dlaczego mnie nie zatrzymują? Widziałem wokół siebie tych charakterystycznych cywilów. Byli tuż obok, wystarczyłby byle pretekst. Przecież stocznia stała już od szóstej rano, więc teraz około ósmej mają wszystko jak na dłoni”.

To pseudo dramatyczne wyznanie być może mogłoby się nadawać na jakaś trzeciorzędną powieść sensacyjną. W rzeczywistości jest to kpina z naszej Polaków inteligencji. Jak już wcześniej pisałem, gdyby bezpieka kiedykolwiek w tamtym czasie nie chciała dopuścić do strajku, to zatrzymałaby na 48 godzin wielu działaczy WZZow, jak to czyniła przy dużo mniej ważnych okazjach i być może znalazłby się wśród nich Wałęsa. Założenie, że bezpieka musiała przekonać się, czy Walesa idzie rzeczywiście do stoczni, aby go profilaktycznie zatrzymać jest wręcz pozbawione sensu. Nikt się w takie rzeczy nie bawił, gdyż zatrzymanie na 48 godzin nie wymagało żadnego specjalnego powodu i uzasadnienia. Bezpieka stosowała je nawet wtedy kiedy nie chciała dopuścić do mało ważnego spotkania kilku osób, a co dopiero w przypadku podejrzenia o organizacje strajku w stoczni. Ponadto nasuwa się automatycznie kilka logicznych pytań. Skąd Wałęsa wiedział wyjeżdżając z domu, że w stoczni trwa już od szóstej strajk? Nie było żadnej możliwości aby taką informację posiadał. Co ma on na myśli mówiąc, że miał trochę czasu? Jeżeli była już ósma, a strajk zaczął się o szóstej, to do czego miałby się ten nadmiar czasu odnosić?

W tych samych wspomnieniach Wałęsa opowiada: „Wysiadłem pod stocznią i ruszyłem w stronę bramy…”. To stwierdzenie jest szczególnie ciekawe w porównaniu z innym, zawartym w tych samych wspomnieniach zaledwie kilka stron (!) dalej: „Pamiętam, że wysiadłem na przystanku pod stocznią, ale nie kierowałem się w stronę bramy, nie miałem przepustki”. Myślę, ze komentarz jest tu zbyteczny. Dodam tylko, ze oczywiście nie ulega kwestii, że obie wersje są kłamstwem. Co do pierwszej jednak mogę to stwierdzić jako naoczny świadek, gdyż wówczas stałem już od ponad godziny przed wspomnianą bramą, że przed stocznią, na pustym niemal placu nie było o godzinie ósmej Lecha Wałęsy. Oczywiście nie ma to większego znaczenia, gdyż on sam doskonale wie, że nie był wówczas ani przy bramie, ani przy plocie, ani nawet w okolicy stoczni.

W wywiadzie dla Oriany Fallaci przechodzi już samego siebie i ogłasza: „Wówczas przeskoczyłem przez bramę stoczni Lenina…”. To oświadczenie jest nie tylko szczytem głupoty, ale przede wszystkim oczywistym dowodem, że Wałęsa nie mógł być w pobliżu stoczni w okolicach godziny ósmej. Gdyby tam był to wiedział by, że o tej godzinie wewnątrz stoczni przy bramach była już nie tylko zakładowa straż, ale również grupy robotników.

Przy tej okazji należy też postawić inne logiczne i dużo ważniejsze pytanie. Wałęsa wyraźnie stwierdził, że pod stocznię przyjechał około godziny ósmej. Cały świat wie, że wśrod strajkujących znalazł się około godziny dziesiątej trzydzieści. Zasadnym więc wydaje się pytanie gdzie był i co robił przez przeszło dwie godziny? To samo pytanie staje się wręcz niezbędne jeśli potraktujemy poważnie inny fragment jego wspomnień gdzie mówi on: „Przy drugiej bramie już się kotłowało, ale straż uważnie sprawdzała przepustki, a ja od lat nie miałem wstępu na stocznię. Skręciłem na prawo, w stronę pierwszej bramy i tam miedzy dwiema bramami, koło szkoły, jest gdzieś z boku taka mała uliczka, tam zaszedłem i przeskoczyłem przez mur”. Pomijam fakt, że jest to oczywiście kolejna z wielu rożnych wersji skoku. Jest to w tym momencie rzecz drugorzędna. Ważne jest to, ze jeżeli o godzinie ósmej rano wysiadł z tramwaju i wchodząc w jakaś uliczkę przeskoczył płot lub przeszedł przez pilnowaną przez stoczniowców bramę, a pośród oddalonych o kilkaset metrów strajkujących tłumów znalazł się po dziesiątej, to musiałby ukrywać się już będąc wewnątrz stoczni przez dwie godziny przed tymi samymi strajkującymi, którzy przecież mieli go niecierpliwie wyczekiwać (!) Absurdu tej sytuacji nie trzeba dodatkowo wyjaśniać.

Dodam jednak w tym miejscu kilka słów z mojego własnego doświadczenia, które łączy się z tematem możliwości wejścia do stoczni tamtego dnia rano. Otóż kiedy skończyłem rozdawanie ulotek w porannych kolejkach elektrycznych, po ostatnim kursie wysiadłem na stacji Gdańsk Stocznia. Podszedłem do najbliższej bramy, numer trzy. Spędziłem tam kilkanaście minut obserwując typową poranną stoczniową codzienność. Pracowałem wcześniej w dwóch rożnych stoczniach, więc mogłem stwierdzić czy dzieje się coś nadzwyczajnego. Było jeszcze wcześnie więc nie byłem zaskoczony, że nie działo się nic wyjątkowego. Stamtąd poszedłem pod bramę numer dwa i tam już zostałem. Po jakimś czasie widać już było w oddali rzesze ludzi i jasnym było, że coś się dzieje. Wkrótce po wewnętrznej stronie przy bramie pojawili się robotnicy i zaczęli pełnić tam wartę wraz ze stoczniowa strażą. Nieco później ta grupa robotników nałożyła biało czerwone opaski i była łatwo rozpoznawalna.

Ja sam chcąc zobaczyć co się dzieje wewnątrz zdecydowałem się wejść do środka. Podszedłem więc do bramy i przedstawiając się z nazwiska powiedziałem, ze reprezentuję Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża. Stojący najbliżej umundurowany strażnik przywołał jednego z robotników, aby się mną zajął. Stoczniowiec kazał iść za sobą, a kiedy oddaliliśmy się kilka kroków od bramy zapytał dlaczego chcę iść do dyrekcji? Odpowiedziałem, że wcale nie mam takich intencji, powtórzyłem mu kim jestem i pokazałem kilka ulotek, jakie jeszcze miałem. Zabrał garść ulotek i zostawił mnie na placu.

Problem polegał na tym, że nie byłem ubrany jak stoczniowiec i dla tłumu bylem po prostu obcy. W pewnym dystansie od bramy byłem bezpieczny, gdyż stojący tam stoczniowcy już mnie zaakceptowali. Nie mogłem jednak poruszać się spokojnie po całym terenie, gdyż wcześniej czy później ktoś mógł posądzić mnie, że reprezentuję jakąś niemile widzianą instytucję. Tak więc obserwowałem wydarzenia jakiś czas, po czym znów na dłuższą chwilę wychodziłem przed bramę. Wychodziłem i wchodziłem tego ranka i resztę dnia wiele razy i mogę z całą pewnością stwierdzić, że jeśli Wałęsa byłby w pobliżu bramy po godzinie ósmej, a już z całą pewnością w okolicach godziny dziesiątej trzydzieści, kiedy to pojawił się w środku, to nie miałby żadnych problemów z wejściem przez bramę. Zanim w stoczni pojawił się Wałęsa wchodziło już tam kilka innych osób. Wystarczyło powiedzieć kim się jest i z jakiego powodu się tam przychodzi. Stoczniowcy nie tylko wpuszczali, ale pomagali znaleźć w stoczni odpowiednich ludzi i miejsca.

Już po kilku godzinach jeździłem do domu skąd przywoziłem małymi partiami niezależne wydawnictwa, które kilka dni wcześniej, jako ostatni przedstrajkowy transport, przywiozłem z Warszawy. Nigdy tego dnia nie miałem żadnego kłopotu z wejściem na teren Stoczni Gdańskiej. A przecież byłem tylko nikomu nieznanym młodym chłopakiem.

Opisaną sytuację przed stoczniową bramą potwierdza też wspomniany nieco wcześniej, a przywołany przez Sławomira Cenckiewicza w jego książce „SB a Lech Wałęsa” raport Wydziału „B” KW MO w Gdańsku z obserwacji bram stoczniowych (nr. 2 i 3) 14 sierpnia: „Około godz. 8.00 brama wjazdowa do stoczni została zamknięta, a w jej pobliżu pojawiła się grupa około 15 stoczniowców ubranych w kombinezony i kaski. Grupa ta wpuszczała wchodzące osoby, natomiast blokowała wyjście na zewnątrz. [...] Podobną sytuację stwierdzono przy bramie nr. 3 Stoczni Gdańskiej im. Lenina”. Oczywiście niewypuszczanie na zewnątrz dotyczyło tylko pracowników stoczni.

Niemniej jeżeli Lech Wałęsa uparcie twierdzi, że w tamtym czasie wchodził do stoczni przez płot, to należało by uznać go za człowieka nierozumnego, gdyż tylko taki może chcieć przeskakiwać ogrodzenie przy otwartej bramie.

Kończąc sprawę przyjścia Lecha Wałęsy do Stoczni Gdańskiej 14 sierpnia 1980 roku muszę wrócić raz jeszcze do osoby organizatora strajku Bogdana Borusewicza. W swej książce zapytań o przyczyny rzekomego spóźnienia Wałęsy i jego wejście do stoczni odpowiada: „Nie wiem jak było. Nigdy nie rozmawiałem z nim na ten temat. Bo to nie było dla mnie istotne”. Tak więc mimo całej masy nielogicznych i często niewytłumaczalnych poczynań Wałęsy, włącznie z jego rzekomym przeskakiwaniem płotu przy otwartej bramie, nie interesowały go wcześniejsze obawy działaczy WZZów o możliwą prowokację ze strony służb. Nie mając pojęcia jak i dlaczego pojawił się w stoczni Wałęsa, nie czuł się nawet zobowiązany zapytać go o to.

Natomiast już w następnym pytaniu tego samego wywiadu, nie ma żadnych wątpliwości. Na pytanie: „Walentynowicz twierdzi, że przywieziono go motorówka Marynarki Wojennej…”. Borusewicz odpowiada zdecydowanie: „To absurdalne”. Tak więc Bogdan Borusewicz nie uważał za absurdalne wszelkie publiczne tłumaczenia Wałęsy na temat rejestrowania dziecka, sprzątania domu, picia z kimś porannej kawy, właśnie wtedy gdy sam Borusewicz w ukryciu oczekiwał na wiadomość o strajku i kiedy jego koledzy strajk już ten przez kilka godzin prowadzili. Nie uważał nawet za stosowne zadać Wałęsie kilku prostych pytań. Natomiast uznał bez chwili namysłu za absurd, uzasadnione przekonanie Anny Walentynowicz o przywiezieniu Wałęsy do stoczni motorówką Marynarki Wojennej. Jeżeli wrócimy do wszystkich przywoływanych dziwnych poczynań Bogdana Borusewicza, to jego zachowanie i w tym wypadku nie wydaje się całkowitym zaskoczeniem.

Cud na koparce czyli absurdu ciąg dalszy

Kiedy Lech Wałęsa pokonywać miał rożnego rodzaju mury, płoty, zasieki, dziury i gubić niezwykłe ilości obstawy, wewnątrz stoczni strajk trwał już od kilku godzin. Oficjalna wersja, stworzona oczywiście przez dzielnego Jerzego Borowczaka mówi o tym, jak to jednoosobowo poprowadził całą stocznię do zwycięstwa. Gdzie niegadzie w swej łaskawości wspomina „ wspomagających” go działaczy WZZW Ludwika Prądzyńskiego i Bogdana Felskiego. Nie próbuję zabrać niczego z dokonania Borowczaka, bo faktem jest, że tak jak kilku innych przyczynił się do zatrzymania swego wydziału i wyprowadzenia kilkudziesięcioosobowej grupy na zewnątrz. Jeżeli założymy oczywiście, że nie robił tego tak jak jego wielki idol z błogosławieństwem określonej instytucji porządku publicznego, to z pewnością trzeba było pewnej dawki chwilowej odwagi aby to zrobić.

Kiedy Borowczak znalazł się już na zewnątrz swego wydziału, spotkał tam wspomnianych wcześniej stoczniowych WZZowców oraz setki innych stoczniowców i już razem większą grupą maszerowali przez stocznię nawołując innych do przyłączenia się. Borowczak swoim zwyczajem stworzył z czasem wiele rożnych wersji tego, jakby nie było łatwego do opisania wydarzenia. Tak czy inaczej, po jakimś czasie wielotysięczny już tłum stoczniowców zgromadził się na wielkim placu. Borowczak w swoich wywiadach opowiadając o tamtej chwili stwierdza, że tłum stoczniowców liczył już co najmniej siedem tysięcy pracowników. Oczywiście w późniejszych opowieściach Borowczaka, tysiące stoczniowców przestaje mieć znaczenie i najważniejszym staje się dawanie świadectwa Wałęsie. Tak więc Borowczak przypomina wiele razy, że stojąc na słynnej koparce i przemawiając do wielotysięcznego tłumu widzi nagle jak w jego stronę biegnie Lech Wałęsa. Ta niezwykła bystrość wzroku Borowczaka, pozwalająca mu wypatrzeć i rozpoznać Wałęsę poza siedmiotysięcznym tłumem ma oczywiście potwierdzać, że Wałęsa przeskoczył przez płot.

Problem w tym, że według własnych słów Borowczaka, jego idol raz biegnie od strony bramy kolejowej, raz od strony płotu, a jeszcze kiedy indziej z zupełnie innej strony. Nie ma to żadnego znaczenia, bo w tym przypadku chodzi tylko o wypełnianie przez Borowczaka swego obowiązku poświadczania wałęsowych historyjek. Skądkolwiek by nasz „bohater” nie biegł w tamtym momencie, to trzeba przyznać, że jeśli przeskoczył mur, bramę, plot czy cokolwiek innego, jak sam twierdzi około godziny ósmej, a do oddalonej o kilkaset metrów koparki dobiegł o godzinie dziesiątej trzydzieści, to albo biegł tyłem i na rekach, albo z rozpędu obiec zdążył całą stocznię i jeszcze gdańską starówkę. Kiedy więc skoczek, a później biegacz Wałęsa podążał do celu, strajkujący zdążyli już wybrać komitet strajkowy. Znaleźli się w nim prawdziwi stoczniowcy, przejęci sytuacją i chcący poprowadzić sprawy we właściwym kierunku. Wśród nich związany z WZZami Bogdan Felski i bliski stoczniowy współpracownik i obrońca Anny Walentynowicz, Piotr Maliszewski. Zgłaszali się sami i byli akceptowani przez innych. I kiedy grupa ta miała własnie podjąć w imieniu swych stoczniowych kolegów rozmowy z dyrekcją, do słynnej koparki dobiegł wreszcie zdyszany Wałęsa. Człowiek, którego w całym wielotysięcznym tłumie mogło znać, choć niekoniecznie pamiętać,być może kilkadziesiąt osób. Człowiek, który nie był nawet pracownikiem stoczni.

Ten właśnie Lech Wałęsa wszedł na koparkę i wyrzucił z siebie kilka zdań. Rożni świadkowie, rożnie dziś te słowa przytaczają. Wszyscy zgadzają się jednoznacznie co do pierwszych słów Wałęsy, które skierował do dyrektora stoczni Gniecha zapytując: „A mnie Pan poznaje?” Dalsze słowa miały brzmieć mniej więcej następująco: „ Dziesięć lat pracowałem na stoczni i czuję się nadal stoczniowcem, ponieważ mam mandat zaufania załogi. Już cztery lata jestem bez pracy”.

Nie ma znaczenia, że przywoływane przez rożne źródła ówczesne słowa Wałęsy różnią się w małych szczegółach. Nikt przecież się ich nie spodziewał i z tego powodu nie rejestrował. Nie licząc oczywiście bezpieki. Należy jednak powiedzieć, że większa część tej wypowiedzi to czyste kłamstwo. Po pierwsze Wałęsa nie przepracował w stoczni dziesięciu lat. Po drugie nie tylko nie był przez cztery lata bez pracy, ale pracował w tym czasie w dwóch rożnych miejscach. Najważniejsze jest jednak to, że nie miał żadnego mandatu zaufania załogi, bo przecież nie mógł. Jak może mieć jakikolwiek mandat zaufania ktoś, kto nie jest pracownikiem danego zakładu i częścią jego załogi?

Być może próbował odnieść się do pełnionej przeszło cztery lata wcześniej funkcji społecznego inspektora pracy. Była to funkcja, którą wybłagał u stoczniowego kolegi Lenarciaka, kiedy był jeszcze elektrykiem. U tego samego Lenarciaka, na którego pisał swe ohydne donosy dla bezpieki, będąc jej tajnym współpracownikiem.

O samej roli Walesy jako społecznego inspektora pracy pisałem już we wcześniejszym rozdziale. Przypomnę więc tylko, że była to funkcja, która zobowiązywała go do pośredniczenia w imieniu pracownika, w razie wypadku przy pracy i ewentualnego konfliktu, pomiędzy własnie pracownikiem, a pracodawcą czyli dyrekcją stoczni.

W rozmowie z Joanną i Andrzejem Gwiazdami przyznał jeszcze w czasach WZZów, że: „w całej swej karierze nigdy nie stanął po stronie pracownika”. Przypomnę raz jeszcze słowa Joanny Gwiazdy z jej książki: „Walesa był społecznym inspektorem pracy na wydziale w Stoczni i po wypadku w pracy zawsze uznawał winę pracownika, nigdy kierownika (!), bo jak mówił – kierownik straciłby autorytet”.

Jeżeli więc Wałęsa stojąc na koparce miał na myśli ten własnie „kredyt zaufania” załogi, to pomijając, że nie był jej częścią, należałoby uznać, że ci którzy go jeszcze pamiętali, musieli mieć raczej inne zdanie w tym temacie. Niemniej Borowczak natychmiast dopisał nazwisko Wałęsy do ustalonego już składu komitetu strajkowego, a sam Wałęsa natychmiast przystąpił do uznania samego siebie liderem całego strajku.

Najważniejszym w tym wszystkim jest to co ja nazywam „cudem na koparce”, czyli reakcja dyrektora stoczni Klemensa Gniecha. A ściślej mówiąc brak tej właśnie reakcji. Dyrektor kiwnął przytakująco głową po czym zaprosił komitet strajkowy wraz z Wałęsa na rozmowy. Jest to reakcja tak nieprawdopodobnie irracjonalna, że nie sposób uwierzyć iż była zachowaniem choćby w części naturalnym. Każdy dyrektor wielkiego państwowego zakładu mając na swoim podwórku rozpoczynający się strajk byłby tym faktem przerażony i robiłby wszystko aby sytuację kontrolować. Zwłaszcza, że dyrektor był pracownikiem tej stoczni od lat i doskonale pamiętał jak skończył się grudzień ’70. Żaden myślący dyrektor nie zgodziłby się na to, aby do strajku w jego zakładzie przyłączył się, a już z całą pewnością aby taki strajk prowadził obcy człowiek, nie będący pracownikiem stoczni! Nie ma przy tym żadnego znaczenia, czy taka osoba była tam zatrudniona kilka lat wcześniej. Tym bardziej, że w tym momencie był to wewnętrzny problem stoczni. Dyrektor nie musiał się specjalnie wysilać, aby pozbyć się intruza, gdyby rzeczywiście tego chciał. Wystarczyło aby zakwestionował jego obecność i podkreślił, że nie jest on pracownikiem zakładu. Gdyby powiedział, że dyrekcja gotowa jest podjąć rozmowy, ale tylko ze swoimi pracownikami, to można śmiało założyć, że stoczniowcy wyprowadziliby Wałęsę za bramę dużo szybciej niż on sam mógłby tam dobiec.

Nie można przecież przypuszczać, że stoczniowcy po podjęciu strajku, mając szansę pertraktowania z dyrekcją i w perspektywie osiągnięcia takich czy innych celów, ryzykowali by utratą tej szansy tylko po to, aby ustawić się za ogólnie nieznanym człowiekiem, który znalazł się nagle wśród nich z bliżej nieokreślonych powodów. Bez natychmiastowej akceptacji dyrektora, Wałęsa nie miał szans przetrwania w stoczni nawet kilku minut. Jeśli ktoś ma wątpliwości jaki był stosunek dyrektora do ludzi obcych, nie zatrudnionych w stoczni, to przypomnę sytuację z Bogdanem Borusewiczem zaledwie dwa dni później, bo w sobotę 16 sierpnia. Borusewicz pojawił się w stoczni i wszedł do sali, w której komitet strajkowy z Wałęsą na czele prowadził rozmowy z dyrekcją. Dyrektor Gniech natychmiast zakwestionował obecność Borusewicza i zaatakował go pytaniami kim jest i co tam robi, domagając się, aby natychmiast opuścił stocznię. Przyomnę też, że w tym momencie nastąpił drugi cud, gdyż jeden obcy – czyli Wałęsa – stwierdził, że drugi obcy – czyli Borusewicz – jest z nim i tam zostanie. Dyrektor znów pokornie przytaknął.

Przypomnę również, że ten sam dyrektor nie był tak uległy jeszcze na krótko przed przybyciem Borusewicza, kiedy zażądał wymiany i poszerzenia komitetu strajkowego. Sam Borusewicz odnosząc się do tego wydarzenia w jednym ze swych wywiadów broniąc Wałęsę stwierdził, że: „Lech był wobec tej sytuacji bezradny”. Tak więc ten sam człowiek, który był bezradny wobec warunków stawianych przez dyrektora stoczni już podczas rozmów, miał jakąś niewytłumaczalną władzę nad tymże dyrektorem, wchodząc do jego zakładu i stając na czele strajku jego pracowników?! Kto chce niech wierzy.

Dla mnie ta dziwna bezradność szefa największego państwowego zakładu w Trójmieście wobec jednego człowieka, który według wszelkich zasad nie miał prawa nawet wejść na teren tego zakładu, nie mówiąc o przewodzeniu strajkowi, może mieć tylko jedno wytłumaczenie. Ten obcy intruz musiał od kogoś takie prawo otrzymać.

Na koniec tego tematu przypomnę tylko, że kiedy według relacji Borowczaka i Borusewicza, nie zatrudniony w stoczni Lech Wałęsa miał być z zupełnie niewytłumaczalnych powodów niecierpliwie oczekiwany przez tysiące nie znających go pracowników stoczni, znajdująca się kilkaset metrów od tych wydarzeń Anna Walentynowicz, dla której cały ten strajk miał zaistnieć, nie miała o niczym pojęcia. Tego samego poranka Anna Walentynowicz była na badaniach lekarskich w oddalonej o zaledwie kilkaset metrów stoczniowej przychodni. Tam właśnie od swej WZZowskiej koleżanki i jednocześnie pielęgniarki Aliny Pienkowskiej dowiedziała się o rozpoczętym w jej obronie strajku. Trudno mi zrozumieć jak cała ta sytuacja może komukolwiek wydawać się logiczną i sensowną.

cdn

Lech Zborowski

przerwa
Lech Zborowski:
JAK DOSZŁO DO SIERPNIOWEGO STRAJKU
CZYLI ODDZIELMY PRAWDĘ OD KŁAMSTWA


na zdjęciu: Lech Zborowski (1-szy od lewej), Bogdan Borusewicz (w środku), Jan Karandziej (1-szy od prawej) – fot. B. Nieznalski

Przez lata stworzono historię fałszywą i zakłamaną do tego stopnia, że nie próbujemy nawet tego kłamstwa kontestować, mimo że coraz częściej widzimy i czujemy jego absurd. Tymczasem wykazanie fałszu tej prymitywnej propagandy nie wymaga nawet głębokiej znajomości tematu. Wystarczy szablon zupełnie podstawowej logiki użyty do porównania wciskanych nam od lat kłamstw, aby zauważyć ich całkowity bezsens. … czytaj dalej!

przerwasmoleńsk tu154 szczątkikomorowski-panstwo-zdalo-egzamin



Wszystkie prawa zastrzeżone • 2009-2014

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 382 other followers