Edwin Myszk – wydawca z przeszłością

Posted in ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ by Maciejewski Kazimierz on 22 kwietnia 2009

Wydawca literatury pięknej, miłośnik golfa. Jako robotnik Wybrzeża walczący z komuną w latach 70. zachwycał stołeczną opozycję. Okazał się agentem SB. Czy jako mecenas kultury wymazał już dawne winy?

Gdańskie wydawnictwo Tower Press jest na fali. Po ostatnim tomiku poezji „Tunel” Jacka Kaczmarskiego pojawił się kolejny hit: książka o Benedykcie XVI ukazała się dzień po konklawe. Wydawca z refleksem i smakiem literackim, wysokiej próby – taka jest powszechna opinia. Wydawnictwo publikuje również dokumenty armii Andersa. Dla małej garstki czytelników, ale ważne dla historii. Kim jest wydawca, który wzbogaca naszą wiedzę?

Ludzie Tower Press należą do elity Trójmiasta. Wiceprezes wydawnictwa w tym roku otrzymał nagrodę Splendor Gedanensis, jaką miasto Gdańsk honoruje twórców, animatorów i mecenasów sztuki. Szefem Tower Press jest podobno Edwin Myszk. Bez stanowiska w wydawnictwie.

Prof. Jerzy Limon, anglista, tłumacz dramatów Szekspira, wydał w Tower Press książkę. Poznał tajemniczego wydawcę.

– Spotkałem się dwa razy z panem Myszkiem. Rozmawialiśmy o sprawach kaszubskich i o książkach. Myszk jest bibliofilem. Zbiera książki. Wydaje literaturę i tomiki poezji z zamiłowania. Nie zarabia na tym – mówi prof. Limon.

Kim jest bezinteresowny wydawca, romantyczny miłośnik poezji?

Pod kuratelą SB
O początkach jego działalności wydawniczej niewiele wiadomo. W 1988 roku Edwin Myszk i Nikodem Skotarczak, pseudonim Nikoś (późniejszy szef gdańskiej mafii), zorganizowali na Wybrzeżu podziemne wydawnictwo. Zaczęli wydawać pozycje tropione przez bezpiekę. Wydawnictwo zasypało podziemny rynek książek nie tylko na Wybrzeżu. Nikt nie ścigał „tajnej” oficyny Myszka i „Nikosia”. A ukazujące się tytuły, na przykład najnowsza historia Polski Poboga-Malinowskiego czy „Od białego do czerwonego caratu” Kucharzewskiego, rozchodziły się błyskawicznie. Drukowano także materiały NZS.

– Myszk wypuścił nawet Biblię. Rozprowadziły ją parafie – opowiada Krzysztof Wyszkowski, znany działacz opozycji.

Osoba prosząca o zachowanie anonimowości twierdzi: – Myszk i „Nikoś” zarobili olbrzymie pieniądze dla wydawnictwa pod kuratelą SB.

Jak gangster z wydawcą
Jak narodził się egzotyczny duet Myszk i „Nikoś”? Bogdan Borusewicz twierdzi, że obaj znali się od dawna. Na początku lat osiemdziesiątych Myszk był dyrektorem klubu sportowego Lechia. Bywał tam „Nikoś”, wtedy już honorowy obywatel Gdańska. Według Borusewicza połączył ich interes – drukowali fałszywe bilety na mecze. Tak scementowała się znajomość późniejszego producenta książek z królem gangsterów. A Myszk przy druku „lewych” biletów zdobywał doświadczenia wydawnicze.

W 1986 roku Bogdana Borusewicza aresztowano. Przywódcę gdańskiego podziemia solidarnościowego wpakowano do celi z Pniewskim, kompanem Myszka. Gdzie Edwin? – spytał opozycjonista. Pniewski wskazał dwie cele dalej.

– Pniewski wyjawił, że Myszka i jego aresztowano za handel samochodami przywożonymi z Niemiec zachodnich. Samochody kradziono i sprowadzano na tzw. słupy, czyli osoby podstawione – relacjonuje Borusewicz.

Sprzedawano je m.in. gdańskiej kurii, a jedno auto nabył syn generała Andrzejewskiego, ówczesnego szefa SB i MO na Wybrzeżu. Na czele gangu stał „Nikoś”. Po kilku miesiącach Borusewicz dowiedział się, że Myszka i Pniewskiego wypuszczono z aresztu, a sprawę umorzono.

Po przekręcie z samochodami „Nikosia” Myszk odnalazł się w kościelnej drukarni Stella Maris. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych Arkadiusz Rybicki, znający Myszka z okresu działalności w niezależnym Ruchu Młodej Polski, spotkał go w gdańskiej kurii. Dowiedział się, że Edwin jest wicedyrektorem drukarni Stella Maris.

– Powiadomiłem kurię o jego podejrzanej przeszłości – mówi Rybicki. Ale ta informacja nie przecięła kariery Myszka jako kościelnego drukarza i wydawcy.

Pokochał powielacz
O początkach Myszka jako wydawcy pisze Jacek Kuroń we wspomnieniowej książce „Gwiezdny czas”. W 1979 roku Edwin Myszk na ukradzionym opozycji powielaczu wydał dwa fałszywe numery „Robotnika Wybrzeża”, pisma Wolnych Związków Zawodowych. Kuroń z kolegami sprawdzili fałszywki pod względem technicznym. „Był to absolutny dowód, że mieliśmy do czynienia z pracownikiem Służby Bezpieczeństwa, i to kadrowym” – napisał.

Historia maszyny, na której Myszk wypróbowywał swoje fałszywki, każe przypuszczać, że to właśnie wtedy przyszły wydawca odkrywał w sobie namiętność do własnoręcznie drukowanego słowa. W posiadanie powielacza wszedł w taki sposób: z polecenia Borusewicza Myszk pojechał do Janusza Krupskiego, lubelskiego opozycjonisty. Miał odebrać od niego powielacz. Ale po powrocie kręcił i zwlekał, nie chciał przekazać Borusewiczowi przywiezionej na Wybrzeże maszyny.

W grudniu 1978 roku współpracujący z opozycją oficer SB Adam Hodysz przekazał Aleksandrowi Hallowi informację, że Myszk jest tajnym współpracownikiem. Hodysz słyszał, jak jeden z funkcjonariuszy powiedział w trakcie umieszczania go w areszcie: „Daj mu do celi lepszy koc, to nasz człowiek”. Borusewicz, powiadomiony o tym przez Halla, zrozumiał, że powielacza od Krupskiego Myszk nie odda, bo położył na maszynie rękę do spółki z SB. Wkrótce na tym powielaczu wydane zostały dwa fałszywe numery „Robotnika Wybrzeża”. Myszk zaatakował w nich Borusewicza i Andrzeja Gwiazdę, twierdząc, że reprezentują linię antyrobotniczą.

Ta polityczna prowokacja spaliła na panewce. Kilka lat później chorąży Wiesław Sobiecki z gdańskiej SB w pracy dyplomowej napisanej w szkole SB im. Feliksa Dzierżyńskiego w Legionowie skonstatował: „Treściami zamieszczanymi w numerach „Robotnika Wybrzeża” Myszk nie zdołał zainteresować środowisk robotniczych i większej roli nie odegrał”. Początkującego wydawcy nie zraziły jednak porażki.

W stopce redakcyjnej
Krzysztof Wyszkowski, założyciel Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu, pamięta rosłego mężczyznę wyłaniającego się z ciemności klatki schodowej domu w Sopocie, w którym mieszkał Andrzej Butkiewicz.

Nieznajomy spytał o wykład, chciał posłuchać. Wyszkowski zaprowadził mężczyznę do mieszkania Butkiewicza. W ten sposób agent SB Edwin Myszk przeniknął do WZZ, co zresztą nie było zbyt trudne. Wówczas, w 1977 roku, nikt nikogo nie sprawdzał, a działalność opozycyjną prowadzono jawnie.

W arkana drugoobiegowej sztuki wydawniczej wprowadził Myszka Bogdan Borusewicz. Nauczył go, jak drukować na powielaczu. Widywali się codziennie. Wkrótce nazwisko Myszka pojawiło się w deklaracji założycielskiej Wolnych Związków Zawodowych i w stopce redakcyjnej podziemnego pisma „Robotnik Wybrzeża”.

Nastąpiły jednak niespodziewane wpadki. Borusewicz udał się z ulotkami do Stoczni Gdańskiej, a tam czekała bezpieka. Nagła rewizja w piwnicy sąsiadki, gdzie Borusewicz przechowywał archiwum. Był to wyraźny sygnał, że ktoś sypie. Kto?

Ale Myszka nie zniechęcały wpadki. Był bardzo uczynny. Gdy za oknem padało albo sypał śnieg, tylko Edwin się podrywał, by powędrować na drugi koniec Gdańska w środku nocy. Dzieciom Wyszkowskiego przyniósł pieska, przywiózł owoce z sadu matki pod Kartuzami. Palił się do działania.

Borusewiczowi wydawał się cennym nabytkiem dla wolnych związków. Robotnik, miły, rozmowny i inteligentny. Kaszub, przebywał przez jakiś czas w seminarium duchownym. Oczytany. Pracował w trójmiejskiej firmie Malmor. Malował statki.

Ulubieniec demokratycznej opozycji
Robotnicze pochodzenie Myszka sprawiało, że osoby z kręgów inteligenckich łatwo ulegały jego urokowi. Borusewicz sam wysłał Edwina po bibułę do Jacka Kuronia w Warszawie. Kuroń w książce „Gwiezdny czas” wspomina, że razem z żoną Gajką bardzo lubili Myszka za błyskotliwość. Był to pierwszy robotnik, jakiego spotkali, który mówił tym samym językiem co oni.

Kuroniowie zorganizowali tzw. skrzynkę na Gdańsk – w jednym mieszkaniu odkładali numery „Robotnika” do przewiezienia na Wybrzeże. Przyjęto zasadę, że mieszkańcy lokalu, w którym magazynowano bibułę, nie mogą być uwikłani w działalność opozycyjną. Kuroń ulokował skrzynkę na Gdańsk w mieszkaniu teściów. Adres skrzynki znał Myszk. Wkrótce przeprowadzono tam rewizję. Funkcjonariusze pobili cierpiącego na chorobę Parkinsona teścia Kuronia i ukradli jego oszczędności.

Myszk w stolicy poznał siedem innych adresów związanych z opozycją. SB dokonała wszędzie tam rewizji. Dopiero po jakimś czasie Borusewicz skojarzył te fakty.

Wałęsa przeprasza Edwina
Myszk doprowadzał do wpadek, bo tego chciała SB. Zapewne miał potrzebę naprawienia krzywd, które wyrządził. Przyjął rozwiązanie naiwne, nieco literackie. Uznał siebie za Konrada Wallenroda. Że tak było, przekonują wydarzenia. Pewnego razu Borusewicz zabrał Myszka do Henryka Wujca w Warszawie. Na Dworcu Zachodnim Edwin gdzieś telefonował z automatu. Wracają na Wybrzeże. W Sopocie wysiedli z pociągu. Funkcjonariusze stali już na peronie. Myszk się stawiał, przepychał groźnie z tajniakami. Nie dawał się.

Tydzień później zabierali ulotki z mieszkania Joanny i Andrzeja Gwiazdów. Znowu zatrzymała ich SB. Na komendzie milicji Edwin uderzył w twarz milicjanta. Kolegium da mu sankcję i posiedzi – pomyślał Borusewicz. Zdziwił się, że kolegę zwolniono po 48 godzinach aresztu. Coś tu nie grało.

Innym razem Myszk przewożony nyską zaczął dusić milicjanta. Zwariował – powiedziała Alina Pieńkowska do Borusewicza. Każdego innego opozycjonistę po takich wyczynach postawiono by przed sądem i na długo zamknięto w więzieniu. A Edwinowi włos z głowy nie spadł.

Myszk donosił na opozycjonistów i bił milicjantów. Była w tym jakaś wściekłość, a zarazem bezradność osoby zaszczutej, bez wyjścia.

Krzysztof Wyszkowski patrzył na niego podejrzliwie. Edwin załatwiał coś na mieście, gdy padał deszcz, a wrócił w suchym ubraniu – zauważył Wyszkowski. Znacznie później okazało się, że załatwiał sprawy związane z WZZ, jeżdżąc samochodem esbeków. Wyszkowskiemu brakowało jednak niezbitych dowodów, że Myszk jest agentem.

Pewnego dnia do Borusewicza zgłosił się komandor podporucznik Jan Jastrzębski, szef Studium Wojskowego w Wyższej Szkole Morskiej. Chciał współpracować z WZZ. Przekazał meldunek dzienny, który Borusewicz pokazał Edwinowi. Wkrótce SB aresztowała Jastrzębskiego. Ale Borusewicz nie zorientował się, że Jastrzębskiego wydał Myszk.

– Kiedyś Edwin powiedział, że Krzyś Wyszkowski „zamierza powołać nową organizację i przejąć przywództwo”. U nas tak się nie mówiło. To była jakaś esbecka nowomowa. Dziś wiem, że Myszk prowadził grę operacyjną SB, aby nas w WZZ skłócić – mówi Bogdan Borusewicz.

Na jednym ze spotkań wolnych związków w Gdańsku Oliwie, w mieszkaniu przy ul. Karpackiej, Lech Wałęsa zaatakował Myszka. – Jesteś agentem – krzyczał. – Masz dowody? – pytał Borusewicz. A gdy usłyszał, że nie ma, powiedział: – Lechu, przeproś Edwina.

Matrymonialna wpadka
W 1979 roku Henryk Wujec zawiadomił Borusewicza, że zgłosiła się do niego z Wrocławia dziewczyna związana z opozycją. Usłyszała w Wolnej Europie, że wśród założycieli WZZ jest Edwin Myszk. Myszk to oszust matrymonialny, twierdziła. Obiecywał jej małżeństwo. Zabrał pieniądze na mieszkanie i znikł. Z dokumentów wynikało, że Myszk został skazany za wyłudzenie pieniędzy. Do Wrocławia pojechał Wyszkowski, spotkał się z dziewczyną. Wszystko potwierdziła.

Wtedy Wyszkowski z bratem Błażejem postanowili porozmawiać z Myszkiem. Ten bał się pójść z nimi na spacer do lasu, bo SB go ostrzegła, iż Wyszkowscy z nim się rozprawią.

– Myszk trząsł się ze strachu. Przyznał się, że jest agentem – wspomina Wyszkowski.

Borusewicz dokładnie przeanalizował okres, w którym do WZZ przylgnął Myszk.

– Zobaczyłem wówczas, jak SB prowadzona za rękę przez Myszka zabierała nam nakłady „Robotnika Wybrzeża”. Wpadał sprzęt, robiono rewizje w mieszkaniach, aresztowano ludzi.

Borusewicz kilka razy pukał do drzwi mieszkania Myszka w Sopocie przy ul. Arctowskiego 3. Ale Edwin zapadł się pod ziemię.

Inspektor z telewizji
W archiwach IPN znajduje się informacja, że w 1981 roku jako agent SB współtworzył endecką organizację Gdańskie Środowisko Narodowe.

Po 13 grudnia 1981 roku Myszk pojawił się w gdańskim Komitecie Pomocy Internowanym. Zajmował się selekcją paczek dla rodzin osób dotkniętych represjami.

W 1983 roku władze przygotowywały proces przywódców KOR. Jacek Kuroń w więzieniu zapoznawał się z aktami śledztwa. Znalazł tam zeznania Myszka, które pogrążały wszystkich mających stanąć przed sądem. „Edwin obciążał nas dokładnie tak, jak życzył sobie tego oficer śledczy” – napisał w „Gwiezdnym czasie” Kuroń. W aktach śledztwa Myszk występował jako „inspektor z telewizji”.

Z materiałów zgromadzonych w IPN wynika (informacje zaczerpnąłem z książki Sławomira Cenckiewicza „Oczami bezpieki”), że Edwin Myszk był tajnym agentem SB od 1970 roku.

Działał w ramach Wydziału IV, tzw. kościelnego, gdańskiej SB, co było związane z jego pobytem w seminarium duchownym. Od maja 1978 roku, już w ramach Wydziału III, rozpracowywał WZZ. Na esbeckich dokumentach widnieją pseudonimy, których używał: Piotr, Andrzej, Grażyna, Antek i Leszek.

Wydawać u agenta?
W 1997 roku Edwin Myszk założył wydawnictwo Tower Press sp. z o.o. „Wydajemy książki, które pomagają żyć” – deklaruje w Internecie oficyna. Od kilku lat ukazuje się kwartalnik literacki z utworami m.in. Tadeusza Różewicza, Julii Hartwig, Ernesta Bryla (wydał też u Myszka książkę) i Pawła Huellego. Piszą w nim profesorowie uniwersyteccy, tacy jak Jerzy Limon, Zbigniew Mikołejko i Leszek Szaruga.

Arkadiusz Rybicki, były wiceminister kultury, którego Myszk jako agent SB starał się poróżnić z Aleksandrem Hallem, przyznaje, że Tower Press wydaje dobre i ciekawe pozycje.

Z warszawskim wydawnictwem Supernowa kilka miesięcy temu podjął rozmowy Antoni Pawlak, redaktor naczelny działu książkowego Tower Press. Zaproponował, aby książkę Andrzeja Sapkowskiego wydaną w Supernowej gdańska oficyna wypuściła w formie czytanej na DVD. Mirosław Kowalski, szef Supernowej, zna Pawlaka od dawna. Razem działali w podziemnych wydawnictwach. Kowalski jednak zorientował się, że Pawlak reprezentuje wydawnictwo agenta SB, i wycofał się z projektu.

Henryk Wujec pod koniec lat siedemdziesiątych, jak wiele osób z opozycji, był zachwycony Edwinem Myszkiem. Kaszub, robotnik, w miarę inteligentny. Okazał się jednak agentem.

– Z takimi osobami jak Myszk jest dziś problem – mówi Henryk Wujec. – Nie możemy zsyłać ich do kopalni, bo nie o to walczyliśmy. Muszą gdzieś pracować, gdzieś żyć. Nie powinni tylko wnikać w sferę publiczną.

A autorzy wydający książki w Tower Press? – To ich swobodny wybór. Myszk źle się „zasłużył” opozycji. Ja bym od niego odczepił się jak najszybciej – mówi Wujec.

Handlarz ziołami
Edwin Myszk nie pełni żadnych funkcji w Tower Press. Jego nazwiska nie ma również wśród udziałowców wydawnictwa. Zbigniew Joachimek, prezes firmy, ma tam dziesięć udziałów. Dwieście udziałów, czyli większość, posiada zagraniczna spółka Tower Telcom Limited z siedzibą w Londynie (figuruje w angielskim rejestrze pod numerem 03572907). Zapewne to Myszk kryje się za londyńską firmą. Czterdzieści udziałów w Tower Press ma gdańska AZ-Medica, w której prezesem zarządu i głównym wspólnikiem jest Warynia Kostrzyńska, córka Edwina Myszka.

Press Tower wydaje od kilku lat miesięcznik „Vilcacora. Żyj długo”. Miesięcznik propaguje metody leczenia naturalnego, m.in. za pomocą ziół amazońsko-andyjskich. Ich właściwości lecznicze, również w przypadku chorób nowotworowych, odkrył polski salezjanin, ojciec Edmund Szeliga, mieszkający w Limie.

Dziewięćdziesięciopięcioletni zakonnik wydał w maju tego roku oświadczenie, że nie ma nic wspólnego z ziołami oferowanymi przez firmę Andean Medicine Centre (AMC) z Londynu. Firma ta działa w Polsce jako A-Z Medica i ma siedzibę w Gdańsku. Marek Lubiński, działacz polonijny z Peru, współpracownik ojca Szeligi, przeprowadził prywatne śledztwo. Twierdzi, że za londyńską firmą handlującą andyjskimi ziołami i jej polską filią A-Z Medica stoi Edwin Myszk.

Lubiński twierdzi, że firma Myszka oferuje pod nazwą Vilcacora tanie kapsułki ziołowe nie najwyższej jakości jako orginalne zioła ojca Szeligi. „Oni sprzedają je ludziom ciężko chorym, a nie jest to ziele, które w swoich kuracjach zaleca ojciec Szeliga” – pisze w oświadczeniu Lubiński.

Produkty A-Z Medica sprzedawane przez ponad cztery tysiące aptek i sklepów zielarskich w kraju oraz sto pięćdziesiąt hurtowni farmaceutycznych. Preparaty rozprowadzane są od Europy po Amerykę i Australię. Jakie są to specjały? Krążą o nich sprzeczne opinie. A-Z Medica ma zapisane w zakresie działalności m.in. „opracowywanie receptur ziołowych kremów i kosmetyków z preparatów naturalnych pochodzenia południowoamerykańskiego z ziołami krajowymi”. Możliwości są więc duże.

Gra w dołki
Zaskoczyn, trzydzieści kilometrów od Gdańska. Popegeerowska osada, kilka małych domków wśród lasów. Po dawnym majątku pozostały zrujnowane mury obór i chlewów. Ale są ogrodzone nowym płotem. Tu zaczyna się inny świat. W głębi, przed drewnianym budynkiem, stoją zaparkowane jeepy i mercedesy. Dalej, w zielonej toni trawiastych, łagodnych wzgórz, wymachują kijami golfiści. Dystyngowany pan w czerwonych rękawiczkach wymierza cios golfowej piłeczce. To zapewne Edwin Myszk. Prostuje się, śledzi lot kuli.

„Obcym wstęp wzbroniony. Teren prywatny” – informuje tablica. Ochroniarz zaprasza do wyjścia.

Sto dwadzieścia hektarów pól należy do gdańskiego Tower Golf Club. Klub jest rodzinną firmą Myszków. Edwin, jego żona, córka i zięć posiadają większość akcji w sportowym przedsięwzięciu. Wśród licznych działalności zapisano też usługi detektywistyczne i ochroniarskie. Myszk jako zawodnik występuje w krajowych zawodach golfowych. Golf i książki. I wymazana przeszłość.

JERZY MORAWSKI

Od autora:

Edwin Myszk mimo pośrednictwa i zapewnień prezesów Press Tower nie wyraził ochoty na spotkanie

Reklamy

Możliwość komentowania Edwin Myszk – wydawca z przeszłością została wyłączona